ROZDZIAŁ 1

OKRES MIĘDZY WOJNAMI 1918-1939

(POSZUKIWANIE PRACY, SŁUŻBA W WOJSKU I KAMPANIA WRZEŚNIOWA)

Kiedy życie nasze zaczyna się rozwijać, kiedy pamięć nasza zaczyna rejestrować już pewne wydarzenia, kiedy wzrokiem zaczynamy rozróżniać kolory otaczającego nas świata, gdy uszy nasze rozróżniają piękno melodii, śpiewu stworzeń i głosów ludzi i jak daje się nam poznać radość, gniew czy wrogość, a kiedy i my potrafimy wyrażać zadowolenie, radość czy gniew, to wydaje się nam, że świat tylko do nas należy. Że my potrafimy dokonać tego, czego inni nie umieli, czy też nie chcieli, czy tak jest naprawdę? Czy drogi nasze nie są wytyczone przez siły wyższe i mające decydujący wpływ na nasze życie? Nieraz już starałem się zgłębić te myśli czym człowiek naprawdę jest i czy powinniśmy się kierować rozumem takim jakim zostaliśmy obdarzeni przez naturę? Czy jak to uczy nas wiara dana przez Boga, który dając nam życie za pośrednictwem rodziców już wtenczas dał nam rozum abyśmy się nim kierowali? Ale w innym miejscu wiara uczy nas, że „bez Boga ani do proga", i że bez woli bożej włos nam z głowy spaść nie może, daleki jestem od tego, żeby móc tego dociekać. Idąc w życie stawiamy sobie plany, do których staramy się dążyć i w tym celu czynimy wszystko co naszym zdaniem jest dobre i że to powinno nam dać co sobie zaplanowaliśmy, czyniąc tak w najlepszej wierze i myśli, mamy nadzieję pewności dojścia do obranego celu. Niestety ciągle trafiamy na niespodzianki, które stają w poprzek naszego planu, w latach najmłodszych, a było to w czasie pierwszej wojny światowej mogłem mieć nie więcej jak lat trzy. Ojciec mój nie chcąc wysługiwać się zaborcy, a wiedząc, że zanosi się na stworzenie własnej Polskiej Armii, w ucieczce do niej odwiedził dom rodzinny żonę i dzieci gdy był już w domu, to znaleźli się również i tacy sąsiedzi Polacy, którzy kierując się nie wiadomo czym, donieśli do Austriackiej Policji, gdzie również służyli Polacy. Gdy przyszli, zabrali Ojca i gorliwsi od swoich obowiązków sponiewierali Ojca, a Matce odgrozili, że „już ty go więcej nie zobaczysz". Co kierowało tymi ludźmi, że tak postępowali? To, że się wysługiwali wrogowi? Oprócz tego, swojego rodaka traktowali z własnej woli jak zbrodniarza, a dobrze pamiętam, że Ojciec żadnego oporu nie stawiał. Pierwszy ten obraz z tak młodych lat pozostał dla mnie w pamięci na zawsze: przemoc, siła i władza nad słabszym wbrew wszelkim zasadom prawa. Gdyby to byli ludzie innej narodowości, może nie miałbym tego urazu, bo byliby jako wrogowie, którzy przemocą przyszli i bezprawiem się kierują, natomiast rodacy na służbie wroga to już nie mieści się w moim pojęciu i można ich porównać do jakiegoś stada. (....) Kilkanaście lat później, może miałem lat szesnaście, pracowałem u gospodarza, który dla pieniędzy hodował buhaje rozpłodowe, jeden z nich liczył lat trzy i był tak niebezpieczny, że nikt nie mógł do niego podejść na odległość rogów czy nogi. Ale osiemnastoletnia córka gospodarza nie bała się koło niego chodzić, karmiła, czyściła, a jak nie był grzeczny, to dostawał lanie tą małą rączką po grzbiecie, obrywał klapsy, targańce za rogi, a on stał spokojnie. Gdy odchodziła, smętnie wodził za nią oczami i jakby się dziwił, że już, albo się martwił, że może nieprędko wróci. (...) Szukałem dalej pracy u zamożnych gospodarzy w tym czasie postanowiłem sobie uparcie żeby raz jeszcze spróbować zdobyć swój własny zawód i żeby jak wolny człowiek zarabiać na własną kromkę chleba. Należy jeszcze wrócić do tyłu parę lat. Rodzice chcieli mnie dać do nauki do ślusarza, niestety koszta były tak wysokie, że mimo dobrej woli nie byli w możności tego zrobić. Było nas w domu więcej dzieci, a gospodarka mała i dorywcze zarobki Ojca nie dawały takiej możliwości. Bardzo mało ziemi w rozdrobnionych i oddalonych od siebie, jak również od domu kawałkach, wymagało wiele pracy, a pożytek był mały. Jedynie co było dostępne, to to, że mogłem dokończyć pięć klas Szkoły Podstawowej, co w tym czasie niewiele dzieci mogło osiągnąć, bo rodzice zamożniejsi woleli żeby dzieci pasły bydło, a biedne zimą do szkoły nie mogły chodzić, bo nie miały ciepłego odzienia. Warto parę słów poświęcić temu nauczycielowi co w tym czasie był kierownikiem szkoły. Ówczesne czasy gdy olbrzymia część ludności polskiej spod trzech zaborów była mało szkolona i celowo karmiona nieprawdziwą historią i geografią były ciężkie. Trzeba było wiele dobrej woli żeby nie tylko dać prawdziwe światło na czas przeszły, zamglony, ale trzeba było wiele wysiłku żeby zaszczepić nie tylko w samych uczniach, ale w wielu wypadkach również u rodziców uznanie potrzeby nauki. (...) Przypadek zdarzył, że dostałem pracę u ludzi którzy sami kiedyś w młodych latach doznali goryczy i upokorzeń z powodu różnic klasowych, a którzy przy silnej woli doszli do tego, że później mogli żyć dostatnio. Pewnie, że to stało się częściowo niezależnie od nich samych, ale posłużyło do tego, że w sposób uczciwy stali się ludźmi, że mogli dać pomoc i wsparcie tym , którzy tego potrzebowali. Był tam w bliskim sąsiedztwie dobry stolarz nie tylko jako stolarz, ale i jako człowiek, który za zgodą moich pracodawców podjął się dać mi postawić pierwsze kroki zdobycia zawodu. Wspomnieć trzeba, że Ojciec pomimo odgrażania się policjantów („że go matka więcej nie ujrzy") niedługo do domu powrócił. Nie był On kwalifikowanym cieślą, to jednak chociaż bardzo pobieżnie, ale do obróbki drzewa trochę nabrałem pojęcia. Ojciec niewiele się ciesielką zajmował, bo byli lepsi od Niego, ale dla własnej potrzeby nie szukał pomocy i tym sposobem mogłem widzieć, a często i próbować coś z drzewa zrobić. Praca stolarska bardzo mnie pociągała, a mając do tego warunki starałem się jak najwięcej z tego skorzystać. Już po toku mogłem robić ramy do obrazów, co ów mistrz określił jako dobry początek i że przy dobrej woli będę mógł zarobić na własną kromkę chleba i nie tylko dla siebie. (...)Trzeba było jeszcze rok poświęcić na pracę u ludzi, żeby przynajmniej pokupić to co jest konieczne na początek, żeby zacząć pracę na własną rękę. Nie tylko to było największą przeszkodą, była jeszcze i ludzka zazdrość tych co już coś zrobić potrafili. I tak rozpętała się zła propaganda w stosunku do mnie, która dużo opóźniała rozpoczęcie pracy, która mogłaby dać mi jakąś stabilizację wcześniej. Trzeba było przypadku, czy też może to była taka okoliczność, ażeby dało się wejść na właściwe tory pracy. Okazja nadarzyła się kiedy jednego razu wyszła procesja z kościoła do pomnika oddalonego około dwóch kilometrów i zastała ją silna burza, dziewczęta, które niosły obrazy chroniąc się pod drzewami pośliznęły się tak niefortunnie, że dwa obrazy zderzyły się o siebie i poważnie się uszkodziły. Naprawienie wymagało dobrej znajomości nie tylko stolarstwa, ale żeby dorobić nie nadające się już zreperować rzeźby. Jeden stolarz, co mógł podjąć się tej pracy zażądał tak wygórowanej ceny, że dziewczęta, które według zdania proboszcza miały pokryć koszta nie były w stanie tego zrobić z powodu tego, że ich rodzice byli biedni. Były one również moimi koleżankami z ławy szkolnej i one już wiedziały, że ja próbuję stolarki i może trochę niepewnie zwróciły się do mnie z tym zmartwieniem. Z dużym strachem, ale i z chęcią zgodziłem się myśląc, że może będę mógł pomóc, a jeżeli to udałoby się, zrobiłbym sobie niezłą reklamę. Umówiłem się, że do czasu kiedy nie odpowiem, że dam radę to zrobić, cała sprawa zostanie w tajemnicy. Wiedział tylko ksiądz, który na to się zgodził pod warunkiem, że i on musi pierwszy widzieć czy to się będzie nadawać. Trwało to kilka tygodni zanim sam mogłem ocenić czy tą moją pracę można komukolwiek pokazać, gdy już sam nabrałem przekonania, że może coś z tego wyjdzie, zabrałem się raźno do pracy, a po pewnym czasie niespodziewanie przyszedł ksiądz zobaczyć moją pracę. Nie była ona zrobiona nawet w połowie, po wizycie księdza zabrałem się już na dobre do pracy i praca w drzewie została w niedługim czasie dobrze wykonana. Z częściami które były do malowania nie miałem kłopotu, bo farby i kolory umiałem dobierać, a Żyd u którego kupowałem farby i klej dużo mi w tym pomógł, dając dobry, zagraniczny towar. Gorsza była sprawa z częściami, które były do złocenia, złocić ani ten stolarz co u niego się uczyłem nie umiał, ani nie było nikogo takiego w pobliżu żeby to zrobił. I znów poszedłem do wspomnianego Żyda. Okazało się, że i w tej dziedzinie miał wiele doświadczenia. Ponadto był chętny wyprowadzić mnie z tego zmartwienia, za jego poradą potrafiłem ładnie potrzebne części wyzłocić tak, że obrazy były w takim stanie jakby nigdy im się nic nie stało. Z tej uciechy, że tak mi się udało to odrobić nie policzyłem nic za robotę, nawet koszta materiału pokryłem. Zyskałem za to reklamę i już od tego czasu na brak pracy narzekać nie miałem potrzeby. Zyskałem o wiele więcej niż mogłem się spodziewać. Gdy już mamy pracę i zdrowie do pracy, to tak by się chciało czas zatrzymać, żyć w błogim zadowoleniu, że jest nam dobrze i że innym przy nas też może być nieźle. Niestety tak nie jest, czas idzie nieubłaganie a nam się wydaje, że to na naszą szkodę, jeżeli nam jest dobrze. Chcemy 'zapomnieć, że może inni mając czas niedobry czekają jak zmiłowania żeby to już przeszło i żeby przyszedł upragniony byt lepszy i dał im też trochę wytchnienia. Parę lat temu też tak czekałem, że może nadejdzie jakiś lepszy czas, też nie zapomniałem, że to się będzie zmieniać i ja. dojdę do lat, że będzie trzeba stanąć do komisji wojskowej i może tym razem będę musiał przerwać pracę żeby spełnić (zaszczytną powinność wobec Ojczyzny, której jestem wiernym synem i obowiązek ten wypełnię z radością. I tym razem nie zawiodłem się, chociaż myśli tym razem ? raczej w tym kierunku, że wrócę do tej pracy, pomimo to nie była lekka, jednak była przyjemna i dawała pełne zadowolenie, mimo to snułem plany podwójne, że może spodoba mi się służba w wojsku, to wtedy będę starał się żeby tam zostać, im podobał mi się mundur wojskowy i wojskowa dyscyplina, która wielu młodym bardzo się nie podobała. Tu wrócę do tyłu. Dom nasz stał na granicy małego dworu, gdzie w tym czasie gospodarował emerytowany major-kawalerzysta, styczność z nim na potrzeby zarobku była konieczna. W tym celu kiedy urodził się najmłodszy brat, Rodzice moi poprosili go na ojca chrzestnego i jak się okazało pan major chętnie przyjął zaproszenie i z żoną i córką przyjechał do naszego domu. Nie to jest celem dalszego opowiadania, a że jest rzeczą niemożliwą snuć opowiadania bez przytoczenia niektórych spraw, co czasem bezpośrednio wpływały na dalsze losy życia, z tego powodu jest konieczne odbieganie od tematu aby uzupełnić to co jest niezbędne. Gdy po rocznej pracy poza domem zaopatrzyłem się w niezbędne narzędzia, nie liczyłem na to, że już jestem niezależny, ale liczyłem na to, że w tym majątku znajdę trochę pracy i tak dzieląc pracę w domu i na folwarku dam radę razem z rodziną utrzymać dom na poziomie takim żeby nie zaglądała nam w oczy skrajna bieda. Młodość i wielka chęć do uniezależnienia się a tym samym odciążenia a nawet pomoc Rodzicom w wyżywieniu, ubraniu i posłaniu do szkoły młodszego rodzeństwa dodawały bodźca do ciągłego podnoszenia kwalifikacji, jak też dodawały sił do pracy. Kilka dni przed dniem mojego poboru do wojska miałem okazję rozmawiać z panem majorem, powiedziałem, że mam powołanie do poboru, zapytał czy chciałbym służyć w wojsku, odpowiedziałem że już robiłem starania jako ochotnik, ale mnie nie przyjęli z powodu słabego zdrowia, że może i teraz będzie to samo. Nie wiem czy to za jego sprawą, czy może to, że już w tym czasie były tam moje papiery, bo po ogólnym badaniu powie­dziano mi, że tym razem jestem zdolny do służby woskowej. (...) Nie dawał mi spokoju fakt, że nie miałem nawet tego minimum podstawowego wykształcenia, postanowiłem więc go uzupełnić. Do tego czasu w naszej szkole nie było to możliwe, a był już nowy kierownik o większych kwalifikacjach i mógł im uczyć tych przedmiotów, które pozwalały zdanie siódmej klasy podstawowej. Sam egzamin trzeba było zdać w Inspektoracie w Mielcu. Zabrałem się z całą energią do pracy nie zaniedbując też i pilicy zarobkowej. W ciągu kilkunastu miesięcy, przy wydatnej pomocy nauczyciela cel osiągnąłem i ukończyłem Szkołę Podstawową. (...) Warto wspomnieć taki czas gdy jeszcze miałem lat czternaście pracowałem jako pastuch, trzydzieści sztuk bydła, był to obowiązek nie tylko pasienia bydła na polu, ale również wyniesienie obornika, czyszczenie stajni i bydła. Na wykonanie tych czynności czas był wyliczony, na jedną sztukę bydła musiało się poświęcić najmniej piętnaście minut. Razem wypadało około pięciu godzin, a pasienie i obornik? Praca ta zabierała nie mniej jak ponad osiemnaście, albo i więcej godzin na dobę. To, że przemęczony i niedożywiony, jak też i niewyspany był pastuch, nikogo nie obchodziło, ani się nad nim nikt nie litował, a tylko za niedopatrzenie, czy nie wykonanie czegoś dostawał lagę po plecach. We własnym kraju, między swoimi. Takie było poszanowanie godności robotnika, a gorzej, bo jeszcze dziecka. Przełożonym był starszy i wykształcony człowiek, a mimo to nie trafiało do jego świadomości że robotnik to też człowiek, a szczególnie jeszcze małoletni, bo inni nie pracowali na to co mieli, a jedynie żyli jakimś i to może nie zawsze zdobytym uczciwie spadkiem. Wspominam te wcześniejsze lata pomimo, że możnaby je uważać jako przeszłe. Pozostawiły one jednak ślady nie tylko w pamięci jako obraz mojej młodości i dziecinnych lat, ale również na zdrowiu, bo jak się po latach okazało według zeznań lekarzy kłopot z sercem powstał wiele lat temu w latach młodości. Wróćmy do dalszego biegu opowiadania, przychodzą dni kiedy trzeba będzie pożegnać dom, pracę, którą już zdążyłem upilnować i polubić, trzeba jeszcze dodać, że w tym czasie kiedy robiłem siódmą klasę postanowiłem, że jeszcze zrobię do kościoła obraz taki do noszenia w czasie procesji, a wiadomo że czas ten miałem już bardzo ograniczony, ale mimo to postanowienie wykonałem, a obraz na parę dni przed odejściem do wojska został poświęcony i do użytku parafii oddany. Parę dni później musiałem pożegnać się z warsztatem i ulubioną pracą z rodziną, a uczucie jakie mnie ogarniało nie jest możliwe do jakiegoś określenia, dziwne to było rozstanie, wprawdzie nie było płaczu, bo nie było do tego powodu, ale i Miłości też dopatrzeć się nie było można. Kilka lat temu to było przecież jedynym marzeniem, a i nie pierwszy raz wychodziłem z domu za pracą, ogólnie siedem lat byłem poza domem u różnych ludzi. Była i taka praca, że w ciągu dnia musiałem równo ze starszymi iść do lasu do ścinania drzewa na dom, a wieczorem kiedy starsi spoczywali zmęczeni, a ja z racji, że byłem do tego najęty musiałem obrządzić sześć sztuk bydła i parę koni, przygotować paszę na drugi dzień, w stajni musiało być bardzo czysto, a że była to pora zimowa to po skończeniu tej pracy koło bydła trzeba było mielić mąkę w żarnach na lato, bo jak mówił gospodarz że „w lecie na to czasu nie będzie". Zawsze starano się żeby mi ani na chwilę pracy nie brakowało, ale że ja mogę być głodny albo zmęczony to jakoś zapomniano, a jeżeli jadłem to zawsze trzeba było się spieszyć, bo ciągle było coś niezrobione, a to że mogłem być chory o tym nie mogło być mowy. Starsi mogli być zmęczeni, ale nie ja, „kiedy byłem wynajęty do pracy w domu i koło domu" jak często mówił gospodarz że „po to mnie wynajęli żebym pracował i żebym wiedział że żyję". Liche wyżywienie i ta praca bez odpoczynku doprowadziły do tego, że poczułem się naprawdę chory a gdy im o tym powiedziałem, zrobiono mi taką awanturę jakbym ich obrabował, „To oni tyle na mnie wydają, a ja o chorobie mówię" (roczny zarobek wynosił: kurtka na zimę, dwoje spodni i dwie koszule, buty na zimę do roboty, a jak będzie co konieczne to ze starych rzeczy dołożą). To z odległego dziś czasu wydaje się nie do pomyślenia, ale w owych czasach to było i nie można było się gdzie użalić, czy szukać jakiejś pomocy. U niektórych ludzi panowało przekonanie, że najęty sługa jest jak niewolnik. W jednym z takich dni, kiedy obracałem te żarna, jakoś mnie siły opadły i usiadłem na progu żeby odpocząć, jak gospodarz usłyszał że te żarna stanęły, przyszedł i nic nie mówiąc ani o nic nie pytając uderzył mnie w twarz tak mocno że upadłem. Jeszcze na drugi dzień ślad uderzenia był dobrze widoczny. W domu przeleżałem kilka tygodni, ten nie dał za wygraną i przysłał znajomego policjanta żeby mnie zabrać do roboty. Policjant zobaczył mnie na łóżku i w gorączce, więc odszedł bez słowa (tak powiedzieli mi później Rodzice) po kilku tygodniach poszedłem do pasienia bydła na folwark, co już powyżej opowiedziałem, bo pora roku już była późna i miejsca u gospodarzy już były pozajmowane. Wracam do dalszego opowiadania. Przed wojskiem należałem do przysposobienia wojskowego przy organizacji Związku Strzeleckiego, miałem wyszkolenie przepisane regulaminem, więc zostałem powołany już na samą przysięgę, a z wyszkolenia miałem pod każdym względem dobre wyniki i w każdej dyscyplinie, a szczególnie w strzelaniu każdego kalibru i za to miałem odznaki. Kiedy zgłosiłem się do kompanii, trzeba było podać wszystkie dane, że jestem do przysięgi tak jak inni dobrze przygotowany, że przyszedłem na samą przysięgę, to koledzy którzy przechodzili to przeszkolenie byli zazdrośni że ja tego nie zaznałem. Dowiedziałem się również, że prawie cała sala i komendant byli przeciwnikami Związku Strzeleckiego i P.W. oni byli Ludowcami, skutek był taki, że zaczęto mnie szantażować. Doszło do tego, że po pewnym czasie byłem tym co to robić nie umie, pomimo, że niczego gorzej od innych nie robiłem, ale najbardziej odbiło się to dopiero na strzelnicy. Tam nawet w tarczę nie mogłem trafić, nie mówiąc o jakich możliwych punktach, rezultat był taki, że ciągle musiałem dźwigać tarcze i znosić wiele docinków od kolegów, jak również od komendanta. W tym czasie przypadło mi sprzątanie po malowaniu kancelarii kompanijnej, do zakończenia tej pracy potrzebny był młotek i znalazłem go, ale ze złamanym trzonkiem, pokazałem d-cy, który w tym czasie przechodząc zaglądnął jak idzie sprzątanie, że nie mogę reszty skończyć, bo nie mogę portretów |pozawieszać. Kazał mi iść do stolarni żeby to zaraz zrobili, powiedziałem, że ja to sam zrobię jak będę miał czym i z czego. Napisał mi karteczkę i kazał iść do stolarni. Kiedy oddałem kartkę, stolarz zaraz dał mi odpowiedni kawałek drzewa i pokazał gdzie leżą odpowiednie narzędzia. Po krótkim czasie trzonek był gotowy i wróciłem dokończyć poleconą pracę. I znów zjawił się d-ca, wziął młotek do ręki i chwilę oglądał, a potem powiedział: „to nie jest wasza pierwsza praca". Wtedy |on pokrótce opowiedziałem koleje swojego życia, oddał mi młotek i nic nie mówiąc odszedł. Po kilku dniach w czasie zajęć sportowych kazał mnie zawołać, dał mi adres i kazał tam pójść, bo są tam stoliki zepsute w czasie przeprowadzki, jeżeli dam radę zrobić, to proszę naprawić. Jak będzie potrzeba korzystać z warsztatu, to powołać się na niego. Okazało się, że ta niby mała naprawa będzie wymagać kilkanaście godzin pracy. Ponieważ mogłem to zrobić, zabrałem się do pracy, zwolniony z wychowania fizycznego. Samo wykończenie okazało się dosyć trudne bo w warsztacie nie było odpowiednich kolorów, ale przy pomocy Innych co wiedzieli co gdzie można było kupić, praca ta została dobrze wykończona, co mnie bardzo podniosło na duchu. Strzelnica dalej zostaje nie rozwiązana. Dalej jest dla mnie zagadką i jak na ironię rozwiązać tego nie mogę. Po pewnym czasie doszedłem do przekonania, że możliwe iż ktoś coś robi ażeby uniemożliwić dobre wyniki. Nie mając żadnego dowodu nie mogłem nikogo obwiniać bo bym się jeszcze bardziej skompromitował. W tym czasie jeden z kolegów, którego już tak sądziłem jak Innych że się cieszy z mojej kompromitacji powiedział mi na osobności: „dlaczego dajesz się tak ośmieszać?" To dało mi wiele do myślenia. Przed ostatnim strzelaniem, po którym tułaliśmy jechać na manewry, radzono mi (tak z drwinami) żeby prosić szefa o zwolnienie, bo jak mówili że mogę w niebie dziur narobić, ale już miałem gotowy plan że ja poproszę o to co będę uważał za dobre z nadzieją, że tylko tym sposobem cała ta intryga może się rozwiąże. Nie byłem pewny czy pomijając kolejność przełożonych nie nabawię się dalszych, bardziej gorzkich kłopotów, mimo to odważyłem się na ten krok. Dopiero na strzelnicy podszedłem do szefa i równocześnie instruktora od strzelania, a był nim starszy już wiekiem sierżant jako człowiek uważany za bardzo sprawiedliwego. Meldując się poprosiłem żebym ja mógł strzelać z tej broni, z której będą dobre wyniki, ten nic się nie odezwał. Po pewnym czasie zobaczyłem jak żołnierz wystrzelał bardzo dobre wyniki, wziął on ten karabin i do czasu mojej kolejki trzymał go w ręce, gdy przyszła moja kolej dał mi karabin. Teraz ze mną stało się coś czego i dziś nie jestem pewny, czy było mi gorąco, czy zimno. Bałem się, że nerwy mogą mnie zawieść, ale pomyślałem, teraz, albo nigdy! Po oddaniu pierwszych trzech strzałów i sprawdzeniu okazało się, że były trzy otwory jeden obok drugiego w samym środku tarczy, a po wystrzeleniu dziesięciu byłem najlepszym strzelcem tego dnia. Nie było to żadne moje zwycięstwo, było to tylko wykonanie tego, czego zabroniono mi wykonywać z powodu innych poglądów na sprawy. Nie jestem w stanie takich ludzi zrozumieć, bo nigdy nie zajmowałem się sprawami politycznymi i na pewno zajmował się tym nie będę gdziekolwiek bym się znajdował I jaką pracę wykonywał, bo do takich spraw trzeba mieć dużo więcej oliwy w głowie, a niestety jakoś w mojej pod tym względem tej oliwy nikt nie starał się nalać, a ja sam tego bardzo nie lubiłem. Dlatego, że ktoś ma inne myśli, czy inne poglądy żeby to miało stawać się przyczyną stawiania komuś barier na drodze życia. W ten dzień, jak również w wiele innych dni wcześniej mogłem zauważyć, że dość dyskretnie, ale mieli to na uwadze, że ja nie dam rady nawet w tarczę trafić, ale widocznie jako ludzie doświadczeni w różnych podobnych sprawach czekali żeby ta sprawa sama dojrzała, bo przecież najbardziej to powinno mnie interesować aby nie być łamagą, ale utrzymać swoją wartość żołnierza i starać się nauczyć iść przez przeszkody, które każdego czekają i jak pękające lody na rzekach spiętrzają się przed nami. Ponieważ tego rodzaju zajęcia były ostatnie przed wyjazdem na dwutygodniowe ćwiczenia w terenie, jakoś z większym zainteresowaniem śledzili przebieg tych zajęć i starsi przełożeni. Może ja zajęty sobą i własnymi sprawami nie zauważyłem tego. Ale koledzy domyślali się tego, stali na uboczu i czekali jaki z tego będzie finał. Po zakończonym strzelaniu i ogłoszeniu wyników (ja już miniom w ręce swój karabin) d-ca kompanii kazał podać sobie ten karabin i sam załadował, położył się na stanowisku i oddał |jeden strzał. Okazało się, że nawet w tarczę nie trafił, a w róg lewej strony deski na której była tarcza. Wstał zawołał komendanta sali, a który był równocześnie drużynowym do której ja należałem i oddając jemu mój karabin powiedział: „od jutra ta broń będzie dobra" później dowiedziałem się, że celowo była przesuwana muszka żeby mi pokazać jaki jestem niedołęga i niczego w tym PW się nie nauczyłem. Prawda była jednak inna, tym razem i ja wiele się nauczyłem i jest mi to do starości użyteczne. Wiem, że nigdy nie wolno nikogo od razu potępiać ani za bardzo wierzyć, a to jest bardzo ważną i potrzebną nauką na każdym kroku naszego życia. W tym czasie d-ca był blisko nas coś napisał w notesie, dał mi tę kartkę i kazał zanieść kierowcy jego samochodu. Kierowca przeczytał i mówi, że ma mnie zawieść do domu d-cy. Dom ten już był mi znany, ale w owym czasie był prawie że pusty, meble jakie były, nie były poustawiane. Teraz na podwórku bawiło się dwoje dzieci, a wewnątrz krzątała się już nie pierwszej młodości, ale pełna życia kobieta, która na nasz widok wcale się nie -zdziwiła, a raczej powiedziała, że się nas wcześniej spodziewała. I bez żadnego wstępu poszła do pokoju i przyniosła połamaną ramę i obraz z tej ramy, powiedziała, iż w czasie przeprowadzki i rama bardzo się uszkodziła. Ramę tę robił jej ojciec kiedy byli z matką młodym małżeństwem. Pamiątkę tę otrzymała od rodziców i bardzo chciałaby o ile to będzie możliwe odrestaurować ramę i powrócić ją do poprzedniego wyglądu. Była to poważna próba moich umiejętności, ponieważ niektóre kawałki były całkiem zmiażdżone, a wiele drobnych części brakowało tak, że trzeba było zastąpić je innymi, nowymi. Wahałem się, ale zwycięstwo dzisiejszego dnia dodało mi otuchy I po krótkiej chwili umówiłem się, że od jutra zacznę pracę z ramą. ale będę musiał zabrać ją do warsztatu, gdzie są lepsze warunki pracy. Do koszar wracałem na piechotę, nie wiedziałem jak się zachować po tej nagłej zmianie w stosunku do mnie i jak inni będą to widzieć, jaka będzie ich reakcja? Jak zwykle wszedłem na salę i jak prawie każdego dnia po południu każdy miał swoje zajęcie, jedni pisali listy, inni czytali, a inni znów wybierali się na wieczorną przepustkę. I tu spotkałem się z wielką niespodzianką, pierwszą tego rodzaju od czasu pobytu w koszarach. Tych kilku żołnierzy, którzy dostali przepustki, podeszło do mnie i meldują mi swoje odejście na miasto. Nie spodziewając się takiego obrotu sprawy wziąłem to za zły żart i głosem niby spokojnym, (podejrzewałem dalsze urąganie) ale nie wróżącym nic dobrego, chciałem ich odprawić i powiedzieć im co o nich myślę. Wtedy jeden z nich poważnie wyjaśnił, że taki otrzymali rozkaz od komendanta sali, który poszedł na dwudniową przepustkę i że do jego powrotu mam go zastąpić, co ma też powtórzyć szef, który w tej chwili jest na odprawie. Przy tej okazji dowiedziałem się, że mój karabin był zaraz wyregulowany na strzelnicy przez samego instruktora rzecznika w tym dziale. Tak zakończyła się ta niby niewinna intryga dla tych co chcieli ucieszyć się tym, że mogą mi dokuczyć za to, iż kiedy oni przechodzili przeszkolenie rekruckie, ja siedziałem w domu. Ten incydent nie przeszkodził jednak w przyszłej przyjaźni z tymi żołnierzami, nie na długo wprawdzie, bo losy jak to zwykle bywa, wytyczyły nam inne drogi. W przygotowaniach na polowe ćwiczenia nie brałem udziału, bo dostałem przepustkę do warsztatu, zająłem się więc reperacją ramy, a że zostałem na te kilka dni, to ta pani, która zarządzała tym domem jak się domyślałem była matką mojego d-cy, a portrety, które były w tych ramach przedstawiały rodziców tej pani postarała się o to, że mogłem zostać tyle czasu ile było potrzeba do ukończenia roboty. Bez żadnych przeszkód mogłem pracować cały dzień i tak w ciągu paru dni, ku mojemu zadowoleniu, ale i zadowoleniu starszej, miłej pani. Praca udała się tak dobrze, że śladu złamania trzeba było dobrze się doszukiwać, ramy te były politurowane, a przez politurę słoje są widoczne, wymagało to trochę czasu i wiele uwagi, ale moje wysiłki nie poszły na marne, bo jak mogłem to zauważyć zarówno matka jak i syn byli z niej zadowoleni. Nigdy nie dowiedziałem się co się stało z matką tych dzieci, ale widać było, że były otoczone dobrą opieką. W mojej obecności nigdy o tym nie mówili, toteż zostało to dla mnie niewyjaśnione Raz jeszcze usłyszałem podziękowanie, z czego wnoszę, że praca moja podobała się, ja wsiadłem do pociągu z kilku Innymi żołnierzami, którzy tak samo jak ja mieli jakiś powód do opóźnionego wyjazdu na ćwiczenia i razem, kiedy słońce już wyszło zza gór na swoją dzienną wędrówkę, zameldowaliśmy się każdy przy swoim miejscu przeznaczenia. Życie w namiotach zostało urozmaicone chłodną pogodą i kilku dniowym deszczem, większość jednak dni była ciepła i pogodna. Trzeba było mocno się pocić do czasu zawodów strzeleckich, międzydywizyjnych na zakończenie letnich ćwiczeń. Jak już moja broń została wyregulowana (a miałem „dobre oko" jak mawiało się w wojsku) i mimo, że życie nie szczędziło mi od dziecka walki o pracę na tę tak bardzo ważną kromkę chleba, a i ręce jeszcze się nie trzęsły, toteż przez cały ten czas miałem bardzo dobre wyniki i dwa razy pochwałę jako wzorowy lotniarz. Warto o tym wspomnieć chociażby dlatego, że nie wszystko działo się tak dlatego, że to własnym sprytem wypracowałem. Nie. takim to znowu nie byłem, z natury byłem trochę bojaźliwy, byći może ustaliło się we mnie dlatego, że zawsze trzeba było kogoś bać. Już jako dziecko bałem się czy też Matka obdzieli nas chociażby małą kromką chleba, czy Jej go nie zabraknie dla którego z nas, a za chwilę zobaczę ukradkiem ocieraną łzę, co dla mnie znaczyło głazy spadające jak grom na słabe jeszcze i miotle serce. Serce, które nie mogło jeszcze zrozumieć dlaczego jedni mogą żyć nie mając nawet pojęcia jak żyją biedni i cieszyć się tym światem chociaż niczym nie przyczynili się do tego, co jest dla nich podstawą beztroskiego życia i używania wszystkiego co ich otacza. I dlaczego drudzy a jest ich olbrzymia większość żyją w ciągłej trosce o jutro i nie wiedzą dlaczego ciężar życia jest ich winą. Nie mając możliwości zdobycia chociażby podstawowych wiadomości o życiu, które dawałoby przynajmniej minimum zadowolenia. Ciągła troska o jutro zajmuje nie tylko czas, ale zagłusza umysł i nie pozwala na rozwinięcie myśli celem sięgnięcia poza widnokrąg, udać się gdzieś za sprawiedliwością, za pracą, która dawałaby jakieś jaśniejsze promienie na jutro. Jedyną, według ówczesnych nie pisanych praw poznania drogi szerszego życia, była służba w wojsku i do tych co ją odsłużyli, nie tyczyły się rygory ogólnie tolerowane. Ci byli i tak uważani za straconych jako siła robocza za niską cenę, tacy bez obrazy starych zasad mogli szukać chleba poza kręgiem familijnego grona. Do tych ostatnich chciałem się też zaliczyć. Już kilka lat wcześniej opuszczałem wiele razy rodzinną wieś, aby pomóc rodzinie i sobie. Teraz, kiedy jakby promyk światła zaczął migać nad moją przyszłością, postanowiłem już tego promyka się trzymać wszystkimi dostępnymi dla mnie sposobami, aby nie powstydzić się przed rodziną Kiedy na zakończenie manewrów miały się zacząć ostatnie strzelania międzydywizyjne, postanowiłem dołożyć wszelkich starań, jako że byłem jednym z najlepszych wyznaczony do ostatnich rozgrywek wygrać je. Należało przezwyciężyć wiele trudności, które w takiej chwili się rodzą, żeby nie zawieść pokładanej we mnie nadziei przełożonych, zazdrości kolegów, no i własnej ambicji, a przede wszystkim otwarcia sobie drogi na dalsze życie. Rezultat był taki, że zostało nas dwóch o tych samych wynikach, a byliśmy z różnych dywizji. Wyniki te mieliśmy os­tatecznie rozegrać trzema strzałami, chwile brakujące do rozeg­rania wydawały się wiekiem. Jeszcze wskazówki, życzenia, milczące spojrzenia — złośliwe, życzliwe, zrezygnowane, — wszystko to stało się bardzo męczące. Pouczeń ani porad nie było tylko ze strony tych, co byli naszymi nauczycielami, ani od tych przełożonych, którym może najbardziej na tym zależało. Widocznie już z doświadczenia wiedzieli, że jeśli ktoś już do tego doszedł, to znaczy do ostatniej rozgrywki, to na pewno dołoży wszelkich możliwych starań i wysiłków żeby tak ważnej szansy nie stracić. W końcu dano nam po trzy naboje i widocznie uzgodniono, że będziemy strzelali z tych samych stanowisk, które były przy poprzednim strzelaniu aby niczego nie zmieniać i tak zawody odbyły się na odległość, a komisje pilnowały wyników. Komisje w tym wypadku nie miały wiele pracy, gdyż wyniki były wyraźne, a różnice niewielkie. Mój przeciwnik, bardzo miły i uprzejmy, którego dopiero po zakończeniu poznałem osobiście, strzelił dwie dziesiątki i dziewiątkę, a i mnie także udało się ulokować dwa pociski dokładnie w dziesiątkę, a jeden lekko odchylony, ale również w dziesiątkę. Tym samym mistrzostwo zostało po raz drugi przy tej dywizji, do której i ja należałem. Nie mógłbym dziś z odległości czterdziestu kilku lat określić swojego uczucia, nie wiem czy się cieszyłem, czy może byłem dumny (na pewno i jedno i drugie), chociaż dziś po tylu przeżyciach nie jestem w stanie pamiętać, pamiętam tylko, że d-ca kom. również czekał do końca mistrzostw, że podał rękę, dał mi swoją papierośnicę i dwie srebrne pięciozłotówki, gratulację od przełożonych. Ze strony kolegów nie było końca uściskom, a nawet znalazła się niewielka butelka, tak niby niezauważona przez nikogo. Była to chwila niezapomniana. Nie opuszczało mnie pytanie „co dalej?". Do końca służby było jeszcze daleko, mimo sukcesu w chwili obecnej, co jest małym wstępem do tego co jeszcze należy zrobić ażeby się nie potknąć, jak wyrobić sobie jakieś lepsze perspektywy na dalsze życie.Tak upłynęło parę tygodni, aż nadszedł czas, w którym nasza kompania miała się powiększyć o nowych ludzi, a tych co byli do tego czasu odesłać do poszczególnych oddziałów KOP-u. W tym czasie wezwano mnie do kancelarii, tam d-ca powiedział mi, że jestem wyznaczony do szkoły KOP-u, z tym zastrzeżeniem, że mogę odbyć szkołę półroczną, albo roczną, a znając moje plany przeznaczył mnie na roczną szkołę i tu tylko chcąc dać mi kilka niezbędnych rad co do tej szkoły, wezwał mnie do siebie. W tym okresie nie było jeszcze słychać o nadciągającej burzy światowej drugiej wojnie światowej, a już nie mówiło się o tym w wojsku. Mieliśmy się dowiedzieć o tym dopiero po dwóch latach, chociaż jakoś nieznanymi drogami czasem docierały dziwne wiadomości o nadciągającej wielkiej wojnie, nikt jednak nie wiedział skąd to przychodziło. Wyraźny zakaz wierzenia w podobne brednie położył koniec dalszym pogłoskom i życie toczyło się dalej. Ludzie zajęci nauką powoli zapomnieli o tym. Sam okres szkoły był dla mnie bardzo interesujący, poza szkoleniem wojskowym w terenie, istniało wiele wykładów z różnych dziedzin na poziomie szkół średnich, które prowadzili nie tylko sami oficerowie, ale i dojeżdżający profesorowie cywilni. Życie moje toczyło się naprzód, nie byłem najlepszy, ale cały czas trzymałem się w czołówce i wszystko wskazywało na to, że może jakoś dojdę w ten sposób do końca. Ale, kiedy najmniej się czegoś spodziewamy to jakiś fakt staje nam na drodze i przekreśla plany, albo je opóźnia do tego stopnia, że człowiek jest bezradny i musi poddać się przeznaczeniu. Wymagania były duże i trzeba było uczyć się poza wykładami, a podręczników było dużo. Koszary były to dawne forty, a co za tym idzie nie bardzo dostosowane do uczenia się z podręczników. Sufity bardzo wysokie, a żarówki małej mocy, zainstalowane wysoko nie dawały tyle światła na stoły, aby można było dużo czytać. Być może wcześniej spełniały warunki, do których były przeznaczone, możliwe i to, że moje zdrowie nie było na tyle dobre, tak, że dwóch z nas zachorowało na oczy i odesłano nas do szpitala. Stało się to w ostatnim miesiącu szkoły, kiedy miały się zacząć egzaminy, a których rzecz prosta zdawać nie mogłem będąc w szpitalu. Leczenie przeciągało się cały miesiąc, co przekreśliło jakiekolwiek nadrobienie straconego czasu. Pozostało nam widmo zmarnowanego roku. Toteż po miesiącu, po opuszczeniu szpitala byłem bliski załamania, często jednak zdarza się i tak, że kiedy zdaje nam się, że ciemna noc zawisła nad nami, gdzieś zabłyśnie promyczek światła, tak też stało się i tym razem w tej sytuacji. Kiedy zameldowałem się u szefa, ten po krótkiej rozmowie na temat przebiegu leczenia podał mi już wcześniej przygotowany papier, który okazał się świadectwem ukończenia szkoły z tym zastrzeżeniem, że pierwszy awans może być dokonany na dziewiętnastego marca, na imieniny Marszałka Józefa Piłsudskiego, a że był to koniec lutego i tak jak całej szkole należał mi się urlop. Mogłem więc jechać do domu, a z domu prosto na placówkę. Szef dał mi do zrozumienia nieoficjalnie, że nikt mnie nie będzie kontrolował i mogę już teraz przyszyć dystynkcje, a odjechać mogę nocnym pociągiem. Wydawało mi się wszystko dziwne, ale szef na pewno wiedział, że dostałem świadectwo bez zdawania egzaminów razem z innymi, bo byłem w szpitalu i że byłem w nauce zawsze jeśli nie najlepszy, to z tymi którzy byli w czołówce. Poszedłem do magazynu zdać rzeczy stare, a pobrać to co było wyznaczone na urlop i na drogę do jednostki, magazynier, który skrupulatnie spisywał to, co kto oddaje, a co pobiera, bez ładnych pytań kazał wydać wszystko to samo, co pobierali moi koledzy, którzy wyjeżdżali poprzednim pociągiem podczas gdy ja wracałem ze szpitala. Sam urlop był bardzo przyjemny nie tylko dla mnie, ale i dla całej rodziny, a nawet bliskich i znajomych. Przysnute jednak jakby czymś co zwiastuje burzę kiedy to powietrze jakby lekko drgało. Ciągle nie wiadomo skąd dolatywały ciche, a niesprawdzone wieści, że jakaś zmiana nadciąga na nasz kraj. Nikt nie umiał powiedzieć jakimi drogami szły wieści, bo przecież ani radio, ani prasa tego nie mówiły. Słychać tylko było przy jakiejś uroczystości coś o bezpieczeństwie kraju, coś o tym, że „nie damy ani guzika od płaszcza, czy od munduru, że jesteśmy wzmocnieni sojuszami".Natomiast moje warunki życia domowego znacznie się poprawiły. W okresie kiedy byłem w domu, młodszy brat poszedł do Junaków i tam miał szczęście ukończyć gimnazjum w Krakowie, a kiedy kończyłem szkołę KOP-u, miał on jeszcze rok do egzaminów i po zdaniu matury mając już odpowiednie lata, na własne żądanie zgłosił się też do wojska, tak że w czasie mojego urlopu mieliśmy okazję spędzić razem z rodziną parę dni razem. Były to dni niezapomniane, a jeszcze większej wagi nabrały później, kiedy okazało się, że były to dni ostatnie w wolnej Ojczyźnie. Przy zameldowaniu się w jednostce, okazało się, że przyjechałem pierwszy i zaraz dano mi służbę podoficera służbowego w kompanii. Zadaniem moim było przyjmowanie i rozlokowanie przyjeżdżających żołnierzy, którzy zastąpić mieli tych, którzy zostali zwolnieni do rezerwy. Jak w każdym środowisku, tak i tu znaleźli się różni ludzie. Byli tacy, którym się zdawało, że jak już są po przeszkoleniu rekruckim, to starszy strzelec jest dla nich niczym, niektórzy już przy stoliku chcieli sobie wyznaczać sami na jakiej sali będą i na którym łóżku, a zachowywali się w ten sposób, że nie uznawali nikogo nad sobą. Trzeba było wiele wysiłku, ażeby nie dać się lekceważyć, ani nie pozwolić się poniżyć, a dać odczuć, że to nie rozmowa z kochanką po pijanemu tylko utrzymać porządek i dyscyplinę, ale w ten sposób aby nie uciekać się na początku do władz wyższych. Nie było to takie łatwe, ale jakoś sobie radziłem. Pewnego jednak razu przy wieczornych przyjazdach, choć porządek był jako tako możliwy, dwóch panów zrobiło awanturę już na sali, bo z zapasów co przynieśli skorzystali na sali i dobrze się podchmielili. Zmusiłem obu do podporządkowania się. W pewnym momencie, w miejscu gdzie ich ulokowałem zrobiła się dość głośna awantura i padały różne niewłaściwe słowa. Kiedy wszedłem na salę, w ordynarny sposób zażądano żebym im zmienił łóżka i to na te, które oni sami sobie wybrali, a które już były zajęte przed ich przybyciem. Nie pomogły żadne tłumaczenia, na poparcie swoich żądań jeden z nich rzucił we mnie butem, gdybym się nie uchylił, uderzyłby mnie w głowę. W tym momencie otwarły się drzwi i wszedł Oficer Służbowy, który przechodząc korytarzem usłyszał awanturę. But, który był dla mnie przeznaczony trafił go w twarz. Na szczęście but nie zrobił wielkiej rany, ale jest on ciężki i uderzenie było silne, choć skaleczenie nie było tak wielkie, bo but przeszedł trochę bokiem, to jednak zaraz pokazała się krew na twarzy oficera. Zobaczył on z którego łóżka ten but poleciał i zanim ktokolwiek się zorientował, oficer skoczył na to łóżko, a żołnierz, który rzucił butem znalazł się wnet na podłodze. Kolega pijanego żołnierza również dobrze zamroczony alkoholem chciał pomóc koledze i postawił się ostro na oficera. Również i on znalazł się na podłodze i obaj delikatnie odsunięci do siebie zapomnieli języka w ustach. Oficer natychmiast kazał wezwać wartowników i naraz pokornych chłopców zabrano. Oficer odchodząc powiedział „Ty na pewno byś sobie tak nie poradził". Słusznie powiedział, bo na pewno nie miałbym tego sprytu, nie wdawałbym się w ręczne rozprawy, ale to był oficer, jak się później mogłem przekonać i bardzo zdolny sportowiec i bokser. Resztę tego dnia jak i wiele następnych miesięcy przechodziło w normalnym trybie życia koszarowego. Byłem komendantem sali, jednej z największych żołnierskich, którą sobie sam wybrałem. Ponieważ pierwszy przyjechałem, szef dał mi do wyboru różne sale. W mojej sali miejsca było dużo, toteż mieszkali w niej także kucharze, szewcy i kilku innych. Nieraz było nawet bardzo wesoło, bo żołnierze mieli wszelkiego rodzaju instrumenty, potrafili opowiadać ciekawe opowiastki, którymi umilali wolne od zajęć chwile, i pobudzali do śmiechu. Zdarzały się też i różne spięcia, które nieraz były trudne do rozwiązania. Nie byłem zwolennikiem odsyłania ludzi do raportu, starałem się robić wszystko żeby mniejsze sprawy rozwiązywać we własnym zakresie, jeżeli tylko mieściło się to w mojej kompetencji. Blisko po roku, na zbiórce kompanii d-ca nie wymieniając nazwiska powiedział przy jakiejś okazji „jak to się dzieje, że do tego czasu jeden komendant sali jeszcze nikogo do raportu nie przysłał?" Miało to oznaczać pochwałę. Inni za każde małe przekroczenie zaraz oddawali do raportu I choć kary nie były duże, a często kończyły się tylko naganą, jednak obydwie strony nie lubiły takiego załatwiania sprawy. Ponad moje oczekiwania wszystko układało się dobrze, podwładni, z którymi starałem się postępować w ten sposób aby nie obrażać ich ludzkiej godności, lubili mnie, byłem dla nich starszym bratem, a oni moją jakby rodziną. (...) Przy pomocy życzliwych ludzi nawiązałem kontakt z pewną rodziną, której oboje dzieci (wtedy już dorosłe) kończyło szkoły i od nich mogłem nie tylko pożyczyć podręczniki, ale bezinteresownie korzystać z ich pomocy, co do dziś wspominam z wdzięcznością. Pewnie, że nie mogłem w tej nauce iść równo z tymi, którzy chodzili do szkoły na pełny czas. Wolniej, ale mogłem dojść do upragnionego celu. Wszystkie te okoliczności sprawiały, że ten okres mego życia zaliczyć mogę do najprzyjemniejszych i najlepszych w moim życiu. Człowiek zajęty sobą i własnym losem nie starał się nawet wiedzieć co dzieje się na szerokim świecie. Sprawy ogólne, które przecież toczyły się poza moją świadomością dały znać o sobie w sposób nie mający innego właściwie określenia jak straszliwa pożoga wojenna. To co mnie najwięcej trzymało w napięciu, to był egzamin pierwszej klasy gimnazjum, który miał się odbyć w początkach września. Los jednak chciał inaczej, bo jak piorun z jasnego nieba rozeszła się straszliwa wiadomość: „WOJNA", właśnie się zaczęła. Niektórzy jeszcze łudzili się, że dopiero się zacznie. Nam nic na razie nie ogłaszano żeby nie robić zamieszania, („nie damy nawet guzika") tak jeszcze głosiły rozgłośnie radiowe „niech nas tylko tam wysyłają, to za parę dni będzie spokój". Jedno było pewne, że idzie coś i to coś bardzo wielkiego, wyczuwało się jakby wielką burzę gradową, która zawsze pozostawia za sobą wiele strat i zmartwień. Pierwszego września podano oficjalnie, że wróg bez wypowiedzenia wojny najechał na naszą ziemię i że nasza jednostka będzie przetransportowana do innych jednostek walczących już na zachodzie w celu zatrzymania agresji. Równocześnie zaczęły napływać do nas grupy rezerwistów jak też i tabor (konie, wozy chłopskie różnego rodzaju, na które ładowano odpowiedni sprzęt na wojnę). Wyglądało to raczej na tabor cygański, aniżeli wojenny. Burza zaczęła już swoje dzieło zniszczenia. Starszyzna bez przerwy odbywała narady, a nad całością czuwali oficerowie służbowi, my żołnierze bez przerwy mieliśmy pełne ręce roboty, bo rozkazy coraz nowe ogłaszano bez przerwy. Dostałem skład ludzi do obsługi CKM na taczance, był to wóz czterokołowy ciągniony przez trzy konie idące obok siebie. Na wozie ulokowany był CKM, który mógł być użyty tak na ziemi, jak i do obrony przeciwlotniczej, skrzynki z taśmami, z amunicją, których jak na wojnę wydawało mi się o wiele za mało. Można było pomieścić ich o wiele więcej bez szkody na siłę pociągową i których nigdy potem nie uzupełniono żadną dostawą, a tylko były uzupełniane z pozostawionych po drodze zapasów. W tej chwili dalej napływały wozy i ludzie i jak się okazało nie było dla nich ani mundurów, ani broni. Mówiono, że magazyny są w centrum kraju, ale mimo to duch dalej był wielki i tak wydawało się, że gdy tylko my tam staniemy na froncie, naprzeciw wroga, to wojna będzie bardzo krótka, w trzecim dniu wspólnych przygotowań załadowaliśmy się na pociąg. Pożegnanie nie było przyjemne, wiele było osobistych pożegnań, ale najbardziej wzruszające było pożegnanie przez ludność cywilną, która nie tylko była zżyta z wojskiem, ale czuła niebezpieczeństwo, które już objawiało się wyraźnie. Co będzie z nami, jakie mogą być akcje ze strony mniejszości narodowej? Nikt z nas nie myślał, że już po kilkunastu godzinach pociąg nasz będzie zatrzymany z powodu, iż wiele taboru kolejowego było już wycofywane przed nawałą wroga. W okolicy Jarosław - Przeworsk były ślady bomb lotniczych. Ten wielki entuzjazm „nie oddania guzika" powoli gdzieś przycichał, nieprzyjaciel pozwalał sobie zbyt bezkarnie w takiej odległości od granicy. W miarę zbliżania się ku zachodowi, zaczęli pokazywać się ludzie, którzy uchodzili całymi rodzinami z tym tylko, co na plecach unieść mogli, z nadzieją, że na wschodniej części kraju znajdą schronienie, a nasza armia stawi skuteczny opór. Przestano też wierzyć, że Niemcy nie mają dość broni, że mają tekturowe czołgi i że żołnierz niemiecki bił sie nie będzie. Po kilkunastu godzinach stania na trasie, naprawiono tory i dojechaliśmy do Bochni. Tam spotkał nas pierwszy nalot bombowców, bomby nam nic nie zrobiły, ale myśliwce, które towarzyszyły im lotem koszącym z broni maszynowej dały nam pierwszy chrzest bojowy. Śmiertelnych wypadków nie było, tylko kilku rannych w naszym transporcie. Tam też w wielu umysłach powstała próżnia i nicość. Nasza broń dość, że w małej ilości, okazała się mało skuteczna, na własne oczy mogliśmy widzieć jak nasze świetlne pociski CKM odbijały się jak świetliki od pancernych bombowców i jak od tych koszących ogniem odskakiwały. Siła atakująca nas z nieba stawała się jakimś widmem nad naszymi głowami, na które nie było żadnej rady. Dalsza droga była bez przeszkód, ale tylko do Bieżanowa, niedaleko od Krakowa. Dalsza droga była zbyteczna i niemożliwa, gdyż armia niemiecka z lekkimi czołgami była już na linii Kraków — Sandomierz. Po wyładowaniu się i dołączeniu do innej jednostki , która była już w trakcie wycofywania się w drugim dniu wojny, jednostka nasza (dostaliśmy zadanie osłony) miała pierwsze, najbliższe, bo na odległość pocisków karabinów maszynowych, spotkanie z nieprzyjacielem. Została zerwana łączność między naszymi drużynami tylnej osłony. Jak się później, koło południa wyjaśniło, tamci pod osłoną nocy posunęli się o kilka kilometrów na wschód, a my, że byliśmy najbliżej Niemców zostaliśmy jako osłona. Widocznie wysłany goniec uznał na własną rękę, że nie warto się narażać dla kilkunastu ludzi, poszedł sobie w siną dal. Okazało się, że w naszej grupie jeden z żołnierzy pochodzenia ukraińskiego, nasz woźnica, zostawił konie i też sobie poszedł. Znał on dobrze język polski, ale inaczej jak po ukraińsku się do żołnierzy nie odzywał. Nie mogliśmy czekać na jego powrót, zresztą bardzo niepewny. Czołgi niemieckie widać było już gołym okiem. Trzeba było koniecznie nawiązać łączność z naszym oddziałem, bo wysłany do nas łącznik nie mógł dotrzeć, o czym dowiedzieliśmy się dopiero po uzyskaniu połączenia przez innego naszego łącznika. Po nawiązaniu łączności zaczęły się nowe trudności, a to ze względu na to, że nie było dobrej organizacji, a będąc zawsze na najdalszym odcinku w kierunku nieprzyjaciela, nie docierała do nas żywność ani dla ludzi, a już w ogóle dla koni. Trzeba było na to samemu jakoś zaradzić. Nie dostawaliśmy nawet własnego żołdu, zabieranie siłą żywności jakoś mi nie odpowiadało, nie uznawałem przemocy. Po prostu trzeba było jakoś prosić, czy przemówić do czyjegoś sumienia. Szliśmy sami jako ostatni, więc w ogóle nie mieliśmy nawet kawałka chleba, gospodarze mówili zboże jest, ale nie ma możliwości zrobić z niego chleba, bo nawet w żarnach (których na wioskach było jeszcze dużo) nie miał kto mielić, gdyż większość młodych ludzi, jeżeli nie poszła do wojska, to poszła na poniewierkę wierząc, że może gdzieś będzie jakieś zatrzymanie, albo może będą potrzebni, bo dziwnym się może wydawać, ale duch narodu nie upadał tak jak zresztą nigdy potem. (...) Kilka kilometrów za Dębicą dopędziły nas dwa czołgi. Na rozkaz zrobiliśmy zasadzkę, czołgi zatrzymały się w takiej odległości, że nie było możliwości dosięgnąć ich skutecznie, ale i one widocznie nie miały zamiaru nas atakować. Omietli swoje przedpole reflektorami, a że nas widzieć nie mogli, (mieliśmy dobrą osłonę z gęstych krzaków przydrożnych) zawrócili i odjechali. Po nas przyjechała nasza taczanka i szczęśliwie dołączyliśmy do oddziału. W Rudniku przeszliśmy San kierując się na Biłgoraj pod Tomaszów Lubelski. Nasze żołnierskie przewidywania nie spełniały się, nie było żadnych informacji. Szliśmy tak bez żadnej nadziei, a kiedy przeszliśmy San zrozumieliśmy, że na pewno nie zostanie gdzieś w pobliżu utworzona linia oporu. W tym czasie nie byliśmy jakoś bardzo atakowani, pojedyncze myśliwce tylko od czasu do czasu prześladowały nas bronią maszynową. Dopiero w okolicach Tomaszowa zaczęły się naloty bombowe, które zdawały się coraz bardziej nasilać. Przekreślało to nasze przypuszczenia, że jeżeli będziemy blisko granicy ZSRR, to naloty ustaną ze względu na bliskość naszego sojusznika, przecież tak silnego jak Niemcy, że ten fakt położy kres naszej podróży i zacznie się jakaś obrona. Nasz d-ca z KOP-u postanowił dać wypoczynek na parę godzin niedaleko od Tomaszowa celem wydania obiadu. Obecnie znalazła się i nasza kuchnia i jak do tego czasu, za wyjątkiem kilku, którzy gdzieś w czasie ciągłego wycofywania zawieruszyli się, cała nasza jednostka poruszała się w całości. W tym celu zboczyliśmy z głównej drogi na boczną, gdzie widać było dwór dobrze rozbudowany i zagospodarowany mający duży ogród jako dobra osłona przed okiem latających samolotów niemieckich. Cieszyliśmy się, że trochę odpoczniemy, zjemy świeży obiad, trochę się obmyjemy, bo mimo młodego wieku, ta ciągła niepewność, strach i niedojadanie zaczęło się dawać nam we znaki. Toteż z nadzieją odprężenia szliśmy do tej kępy drzew, która przez patrole uważana była za odpowiednią. Kiedy już się rozłożyliśmy i kuchnie zaczęły wydawać obiad, doszedł nas silny ryk bombowców ( …) Zaczęła się wielka panika, ludzie i konie, wszystko to zaczęło się mieszać, mimo że rozkaz był „stać w miejscu, ruchami nie ujawniać ilości wojska". Było jednak za późno. Bombowce zniżyły lot tak nisko, że liście zmiatały z drzew, ale przeleciały nie zrzucając bomb, zrobiły koło, zawróciły i już tak nisko, że prawie dotykając drzew rzuciły tylko po jednej bombie. Jedna trafiła na drogę koło zabudowań, a dwie do sadu, gdzie kompanie stały i pobierały obiad, stało się to tak szybko, że i pomyśleć nic nie było można, ludzi kilka kompanii, a poza ogrodem czyste pole, a szybkość samolotów wielka. Z dwóch kuchni strzępy, a ludzi zdrowych, ani jednej czwartej, którzy mogliby o własnej mocy iść teraz dalej. To było straszne żniwo, trupy były wszędzie, poza ogrodem, a w ogrodzie jedna wielka masa i jeden wielki jęk, świecące słońce na niebie, a na ziemi jeden jęk i masa leżących już bez ruchu, i konających w boleściach. Nie wiem czego nie widziałem, a co widziałem, to była straszna błyskawica. Błyskawica, w której widziałem głowę z jedną ręką, a uśmiechniętą twarzą, widziałem człowieka, który miał tylko górną część tułowia, coś bardzo szybko robiącego rękami i coś głośno rozkazującego, widziałem stojącego poszarpanego bez rąk i wołającego głośno, że chce jeść, słyszałem straszny szum, którego może już nie było, a tylko w moich uszach pozostał na wiele godzin, słyszałem straszliwe jęki rannych, wołania o pomoc, której pomimo że jakby cudem ocalony, nie byłem w stanie dać. Słyszałem wołanie Matki, Ojca, dzieci, kochanych osób .słyszałem również straszliwe przekleństwa, których i powtórzyć by nie wypadało. Siedzący przy mnie na taczance żołnierz spadł jak łachman im ziemię, środkowy koń padł, leżał bez ruchu, a dwa po bokach zostały nieruszone, ale widocznie tak jak ja i ci co przeżyli, głusi w tym środku piekła, jedna mieszanina pyłu, ziemi, żelaza, różnego połamanego sprzętu i odór nie dający się określić. (…)Pamiętam, że przyszli inni żołnierze, którzy zajęli się rannymi, widziałem jak odpięli dwa pozostałe konie, składali szczątki wozów i ładowali rannych, słyszałem jeszcze ich jęki. Nam jeszcze nie bardzo przytomnym i ogłuszonym kazano iść w stronę lasu. (..) My, już jako nic nie znaczący żołnierze poszliśmy poddać się, niebaczni na nic i nie mający żadnej nadziei, bo jakaż mogła być nadzieja? Każdy w mundurze, wiadomo, że żołnierz. Nie baliśmy się, że będą strzelać do bezbronnych, ale że do niewoli zabiorą, to pewne. Niewiele mieliśmy czasu na rozmyślanie, bo już za zakrętem była druga większa polana i w regularnych szeregach stało kilka tysięcy żołnierzy. Tu po raz drugi zaszumiało mi w głowie, tym razem nie od huku, ale od nieznanej mi mowy, której dźwięk przebijał samo serce. Głos Niemca obudził mnie jakby z letargu „raus!" usłyszałem, wskazał mi długie szeregi stojące (jak się dowiedziałem) już od kilku godzin, jeszcze i mnie dostało się wiele godzin stania. Dopiero na drugi dzień, po dokładnej rewizji i opatrzeniu chorych, czy mniej rannych, zaczęliśmy ruszać. Stanie na miejscu było męką, ale to co się okazało w marszu , który trwał kilka dni, było przedsmakiem niewoli. Prowadzili nas młodzi Niemcy, a ci znali tylko rozkaz. Wiedzieli, że mamy iść drogą i to im wystarczało. Jedzenia nie było, ale na polach można było znaleźć jeszcze niezebrane ziemniaki, czy buraki. Młody Niemiec nie wiedział co to jest głód, jeżeli ktoś poważył się wyjść z szeregu żeby wyrwać buraka, czy ziemniaka, już nie wracał. Często wystarczała jedna kula i już nawet się nie ruszał, albo zostawał jęcząc na polu. Jeżeli Niemiec był litościwy, albo był sadystą, to dobijał strzałem, lub kolbą jak nie to szli dalej, a Polak wił się, jęczał aż skonał. Zanim doszliśmy do Przeworska podwieźli pod kościół jakiejś zupy i po kawałeczku chleba. Zjadłem to i nawet nie poczułem, czy w ogóle coś jadłem. Zupy dla tych co byli już poza polową kolumny, która się ciągnęła widoczna od jednego wzgórza, a na drugim końca widać nie było nikt z nas nie dostał, bo zabrakło. Wielu już i tego nie potrzebowało, bo jak mówiłem ginęli od kul, albo formalnie padali bez życia. (…) Pomimo, że droga była mocno obstawiona, zdążyliśmy zauważyć fakt, że stróże ci a że było ich dużo jakoś wiele czasu poświęcali swoim osobistym sprawom; napychanie fajek było częstym widokiem, dla dodania sobie powagi od czasu do czasu strzelali w powietrze, niektórzy na odległość prowadzili krótkie rozmowy, nie zbliżając się jedni do drugich. Była to korzystna sytuacja, trzeba było ją wykorzystać, poszliśmy wolnym krokiem pomiędzy ten chmiel, a gdy już byliśmy za rowem, pomiędzy chmielem, zaczęła się kolejna strzelanina. Ale ani jeden pocisk nie poszedł w chmiel. Zeszliśmy z drogi pomiędzy chmiel żeby nas na drodze widać nie było, powoli weszliśmy na podwórko pierwszego z tych domów widzianych jeszcze z szosy. Na obejściu nie było nikogo, chociaż była pora przedpołudniowa, następne podobnie pierwszego, tak, że zasłaniały zupełnie widoczność poza nimi. Tym bardziej, że były jakby w lesie, pełno drzew owocowych, a wokoło wysadzane wysokimi topolami, stanowiły jakby ścianę w kierunku zachodnim. Ośmieleni tym, że nie ma nikogo, postanowiliśmy wejść do środka. Byliśmy głodni i w nadziei, że może dostaniemy coś do jedzenia, chociaż można było spodziewać się, że bliskość głównej drogi niewielkie dawała nadzieje, ale nasze rozmyślania zostały przerwane, bo z domu wyszedł najprawdziwszy Niemiec. Kiedy nas zobaczył, zaraz nas woła do środka, co dobrze zrozumiał mój towarzysz, bo znał język niemiecki. Kiedyśmy weszli do mieszkania, włosy nam powstały na głowie. Wokoło stołu siedziało pełno Niemców śmiejąc się wesoło. Jak weszliśmy, to ten co nas zawołał usiadł i więcej się nami nie interesował. My wystraszeni nie wiedzieliśmy co mamy robić, ale podeszła gospodyni domu i pyta czy chcemy jeść. To może nam dać ziemniaki i mleko, bo chleba teraz nie ma. Co miałam, to ci panowie mają na stole. Zjedliśmy co nam dała i nie wiemy co mamy dalej robić. Uciekać było niemożliwe przy tylu ludziach, bo byśmy nawet progu nie przestąpili. Wszystko to może nie trwało tak długo, jak nam się wydawało, ale znaleźć się w takiej sytuacji, nie wydawało nam się wesołe. Jeden z nich mówił dobrze po polsku, przetłumaczył nam pytanie swojego przełożonego, który pytał się jak daleko chcemy iść i czy do domu. Powiedzieliśmy, że tak, następnie zapytał jak daleko. Wziął ten mały już kawałek chleba i dał nam, drugi Niemiec dał paczkę papierosów i kazano iść, tylko nie do głównej drogi, a na pola, bo na drogach jest dużo wojska, to by nas zatrzymali. (…)Jak już odeszliśmy tak, że nie widzieliśmy tych co już widzieć nie chcieliśmy, usiedliśmy sobie żeby odpocząć po tych wrażeniach podeszło do nas troje ludzi i oni sami pierwsi do nas się odezwali. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że jeden z nich to też żołnierz, który parę dni wcześniej tak jak my teraz idziemy i że jest w domu, a jedna z nich jest jego żoną. Powiedział, że jeżeli mamy jeszcze daleko, to dobrze byłoby zamienić mundur na cywilne ubranie i spokojnie pojechać pociągiem, bo nikt nie sprawdza dokumentów, a pociągi zaczęły chodzić, są na razie towarowe, ale jechać można. Po uzyskaniu tych wiadomości mój towarzysz oświadczył, te idzie do najbliższej stacji, że po drodze kupi ubranie i jeżeli nie kontrolują to on pojedzie, bo jego noga już boli. (…) Tak rozmyślając obecną sytuację poczułem się złamany jak źdźbło na polu i rozpłakałem się jak dziecko, nikt mnie nie widział, więc mogłem sobie na to pozwolić, a kiedy poczułem niedojedzoną wczoraj kromkę chleba, wziąłem ją do ręki i tak nieświadomie mieszały mi się łzy z tą kromką chleba. (...)Tak doszedłem przed dom dobrze mi znany, ale i tu już nie spali, bo mimo że Niemca jeszcze na oczy nie widzieli, to jako ludzie dobrze myślący przeżywali na równi z innymi całą tragedię, tu daleko od osiedli i głównych dróg gdzie nawet samoloty nie przechodziły, bo trasę swoją miały dalej na północ, gdzie gołym okiem nie można było sylwetki rozróżnić, ci ludzie nie szli żeby ich zobaczyć, bo chociaż tego już nie można było powiedzieć, żeby nie był znany, to jego zastosowanie jeszcze wielu ludziom było nieznane i niezrozumiałe jak wiele innych nowych wynalazków. Była jeszcze i córka już też niemłoda, ale wychowana na odludziu, tyle że czytać i pisać mogła się nauczyć w tamtejszej szkole. Wierzyła jak zresztą i jej rodzice, że jakiś królewicz przyjdzie i wtenczas dokona się to co sobie w sercu wszyscy troje wymarzyli. Tymczasem lata młodości przeszły, a marzenia trzeba było zamienić na rzeczywistość, kiedy ja jeszcze byłem w wojsku wyszła za mąż i razem z rodzicami prowadziła gospodarkę. (…) W końcu nadarzyła się okazja i już bez przeszkód dostałem się do domu, o jakże w innych warunkach ostatnio opuszczanego. Tu też jeszcze Niemca nie widzieli, ale jak inaczej tę katastrofę odczuwali i jak bardzo Matka, Ojciec i cała rodzina wyglądali naszych powrotów, bo młodszy brat również jeszcze nie wrócił. Rodzice dobrze pamiętali poprzednią wojnę. Oni nie łudzili się ani na chwilę, że ta wojna będzie o wiele gorsza od poprzedniej, nie znali powodów, ani nowej broni, ale przeczucie samo mówiło, że idzie wielkie zło. Martwili się, bo widzieli nas pięciu synów i dwie córki, prawie wszyscy dorośli.Jakie było przywitanie z Rodzicami i rodziną a szczególnie z Matką, to zostanie w pamięci serca i serc tych, którzy to odczuć potrafią. Po kilku słowach dowiedziałem się, że Ojciec na drogę spoglądał, a bywało że i kawałek na skrzyżowanie wychodził, ale dziś jeszcze nie skończyło się Jego wyglądanie na drogę, bo jeszcze jeden nie powrócił. Ja znając i na własne oczy oglądając skutki tej wojny wolałem zamilczeć o własnych przeżyciach, żeby nie dodawać już i tak wielkiego okrucieństwa do zbolałych serc Rodziców i rodziny i żeby podtrzymać tę nadzieję na powrót i tego, który jeszcze gdzieś w tej zawierusze pozostawał. I jakoś po upływie czasu, kiedy w każdym z nas potajemnie rodziła się wizja, która każdego przeraża: Ojciec wracając już z wielokrotnych wycieczek na drogę z której mógł dalej widzieć powiedział mając wielki blask w oczach „ktoś do nas idzie drogą" i szybko wyszedł z domu nie czekając żeby musiał pokazać łzy, których jako twardy i zahartowany człowiek na pewno się wstydził, a po krótkiej chwili, witaliśmy młodszego brata w domu również zdrowego.

Napisz do nas




Kontakt: Zespół Szkół w Małej - tel/fax (017) 2213397 e-mail: zsmala@vp.pl
Copyright © 2018 miejscowosc-mala.pl wizyt: 236638 online: 2 Realizacja: Intellect.pl