ROZDZIAŁ 2

TRAGICZNE PRZEŻYCIA PODCZAS OKUPACJI NIEMIECKIEJ (1939 — 1945)

Od tego czasu zaczyna się jakby nowy etap życia w naszej rodzinie, które dalej było ciężkie, ale w dodatku pod terrorem okupanta, trzeba było je prowadzić. Najważniejsze było to, że musieliśmy się jakoś ubrać. Nasze cywilne ubrania zostały w koszarach. Wspomnę jeszcze czasy wolnej Polski. Tu w dużym stopniu pomocą była nie tylko ogólna ekonomia kraju, ale duży wysiłek i zapobiegliwość moich młodszych braci, którzy jakoś w tym czasie i przy podnoszącej się ku lepszemu ekonomii kraju mogli już o wiele łatwiej dawać sobie rady, żeby życie nie było tak ciężkie i żeby nie musieli być nędznymi niewolnikami jak to było za moich jeszcze młodszych lat. W tym czasie zaczęto budować fabryki (znany okręg przemysłowy w terenach Tarnobrzeg — Sandomierz — Mielec) gdzie wiele ludzi znajdowało zajęcie. To sprawiało, że też i na wsiach prędzej można było dostać pracę, bo jakakolwiek praca dawała już lepsze owoce, w domu jeszcze przed moim odejściem do wojska młodsi bracia robili lniane płótno to i teraz zaczęło dawać lepsze wyniki finansowe, że bracia na początek mogli nam dać po jednym ubraniu bez uszczerbku dla siebie. A, że tu na odludziu, na wsi oddalonej od wszelkiego świata cywilizowanego życie zaczęło wracać jakby do normy, ja wziąłem się do pracy swojej, bo ludzie nie przestali się żenić i rodzić, budować to i praca była potrzebna. Ale były to tylko pozory, wrzało nie tylko na świecie, ale też i w sercach i nie tylko młodych, nie tylko mężczyzn, ale i kobiet. Już dochodziły wiadomości o zabieraniu na roboty do Niemiec, to znów o aresztowaniach przeważnie ludzi kształconych, to znów niczym nieuwarunkowane rozstrzeliwania. Zaczynało być gorąco i ciasno, a zanosiło się na gorzej. Był to przełom roku trzydziestego dziewiątego na czterdziesty. (…) Wydawać by się mogło, że jeżeli się ktoś gdzieś wychowa, to niezawodnie zna wszystko i wszystkich, niestety czasem można się mylić, a szczególnie jak narastają jakieś zmiany. Lu¬dzie dorastają i każdy ma swoje plany i spojrzenie na otaczający go świat i w zależności od tego na jakie trafi podłoże, czy przez wychowanie, czy pierwsze zetknięcie się z rzeczywistością i jak to oceni. Nasze szukanie uprawionej roli wymagało wiele zastanowienia, widzieliśmy, że znów jak to widziało się w czasie całej kampanii wrześniowej i czytało się w historii, że znów jesteśmy w niewoli i tak jak to czynili dawniejsi bohaterowie trzeba iść ich śladami, najważniejsze było to, jaką obrać drogę. Do szukania dobrej gleby dopomagało nam to, że czytając dawniejsze dzieje naszego narodu można było się wiele nauczyć i niektóre rzeczy powtórzyć. Po ogłoszeniu oddawania aparatów radiowych przyszła nam ochota zdobycia przy tej okazji radia dla siebie, bo drogą normalnego kupna nie mogliśmy nawet o tym marzyć, chociażby ze względu na cenę, a na czas wojny jeżeli by się chciało mieć z niego pożytek dla celów szerszego ogółu, to musiało to być o silnej mocy. (…) Spotkanie z dawną koleżanką ze szkoły pomogło, że dostaliśmy prawie nowe, ale o małej mocy, na zamianę było aż za dobre i w parę dni w wielkiej konspiracji mieliśmy wiadomości ze świata, pewnie, że nie było robione to tylko dla siebie, toteż odpowiednie wiadomości szły dyskretnie do ludzi. (…) Pojawiali się ludzie, którzy musieli opuszczać swoje rodziny, ścigani przez Niemców, niektórzy za to tylko, że byli dobrymi patriotami, historykami, czy jakiej specjalności na wyższym poziomie. Niedługo trzeba było czekać i do naszego domu przyszedł człowiek pełen życia, młody z prośbą czy mógłby mieć czasem jakiś kąt do przespania. Oczywiście, że od razu Rodzice też nie mogli się zdecydować, trzeba było chociaż pobieżny zrobić wywiad o nim, ale że Rodzice byli wielkimi patriotami więc po przemyśleniu człowiek ten miał u nas miejsce. W tym czasie mieliśmy już radio w domu i potrzebne też było żeby zrobić dobrą kryjówkę, a równocześnie żeby spełniała swoje zadanie. Sprawą tą zajął się Ojciec i zrobił to tak, że do dziś nieraz myślę, że to już niemłodym był, a tyle pomysłów, kosztowało to wiele pracy, ale praca ta była godna podziwu. Ojciec zrobił mały magazyn, w którym trzy osoby mogły słuchać wiadomości i równocześnie wyjście było poza ogrodzeniem domu. Ale przyszedł czas, że nie dane nam było poświęcić się tylko tej pracy, coraz więcej żądano ludzi na roboty do Niemiec, sołtys miał nakaz odesłać pewną ilość, a w przeciwnym razie groziły łapanki i przymusowe zabieranie, a to tak, że nie liczono się, czy zabiorą jednego żywiciela rodziny czy niedorosłe dzieci, czy nawet matkę od małego dziecka jeszcze przy piersi. Rada wiejska była bezradna, mimo to nie dano nam nakazu, pomimo że takiego my się spodziewali. Użyto wybiegu. Nikt nie robił tego, żeby spowodować rozbicie w pracy przeciw najeźdźcy. Większość rady znała dobrze naszą pracę bo jeżeli nie sami, to ich dzieci już znali nas, bo wielu było nie wojskowych, to trzeba było dać im podstawowe wiadomości, do tego ja w tym terenie byłem wyznaczony. Jednego dnia otrzymane wezwanie do stawienia się na komendę policji nie budziło żadnej wątpliwości, ani zaskoczenia, jedynie to czy to nie jest jakiś donos o naszym zaangażowaniu, ale nie byłoby wezwania, tylko od razu najazd i rewizja. Żeby nie dać jakichkolwiek powodów i podejrzeń trzeba było się zgłosić. Było to pewne, że jeżeli się zgłoszę, to będzie tylko wyjazd do Niemiec, co do tego nie było żadnych wątpliwości, bo i tam byli swoi ludzie. Gdyby nawet było coś niedobrego, to zamiast do obozu, czy coś gorszego szybko wyślą do biura pracy, a stamtąd już się jedzie do Niemiec i jak na razie można uniknąć najgorszego, a ucieczka jest zawsze możliwa. Jeżeli nie wracał do domu, a gdzieś się zadomowił, to rodzinie nie groziły żadne represje, może dlatego (taka była wersja) wielu ryzykowało ucieczki i przy tym traciło życie. Jeżeli nie znaleziono żadnych dokumentów, to sprawa była niezidentyfikowana i taka osoba mogła pod innym nazwiskiem i w innym terenie jakiś czas być spokojna, równocześnie prowadzić dalej konspirację. W komendzie nawet mnie nie zapytano się o nic (za biurkiem siedział Niemiec) tylko zamknięto mnie w areszcie do rana. Rano z kilku innymi odwieziono do biura pracy, tam zapytano tylko o zawód i wystawiono papiery do Niemiec. Po tym pod eskortą odwieziono do Krakowa, po otrzymaniu papierów odczytałem, że jestem skierowany do fabryki Essen Krup. To przesądziło, że postanowiłem tam nie jechać, słuchając audycji z zachodu wiedziałem co tam się dzieje, że z tygodnia na tydzień zwiększają się naloty i życie ludzkie tam nie ma znaczenia żadnego. W pociągu już starałem się ulokować koło drzwi, żeby żadnej nadarzającej się okazji nie przeoczyć. (…) Nad ranem byliśmy w piwnicy, kiedy policjant, co był na ulicy odwrócił się i był plecami w naszą stronę, my jak możliwie najciszej po jednemu znaleźliśmy się na ulicy i od razu poszli w poprzeczną ulicę, a że już dość ludzi szło do pracy, to pomieszani z ludźmi poszliśmy do głównej ulicy, wsiedli do tramwaju i tak ominęliśmy kontrole przy moście nad Wisłą, bo tam zdarzało się, że strażnik legitymował tych co szli i wydawali mu się podejrzani. Kontroli bałem się, bo miałem przy sobie te papiery na wyjazd, nie chciałem ich wyrzucić żeby mieć na pamiątkę, kiedy się znów znalazłem na wsi, spotkałem się tylko z bratem, żeby się dowiedzieć czy nie zaszły jakie zmiany i prosto poszedłem do dworu, gdzie był nadany Niemiec pochodzenia polskiego, a jako człowiek dla ludzi był bardzo dobry, a że od mojego zgłoszenia się na komendę upłynęło dwa dni, to oprócz rodziny nikt o tym nie wiedział, ten człowiek dobrze mnie znał, bo już wcześniej często u niego pracowałem, a teraz też już był dzień, to jakby do pracy przyszedłem, opowiedziałem co mnie spotkało i w jaki sposób tu jestem. Po kilku słowach wyjaśnienia, że podobne sprawy jest niebezpiecznie robić, ale że mnie zna i mogę być jego robotnikiem, to postara się żeby to jakoś zrobić, ale żebym miał te papiery co dostałem w biurze pracy, to byłoby lepiej. Pokazałem mu, że je mam, wziął je i kazał mi przez parę dni żebym był stale u niego przy pracy, a jak załatwi to mnie powie. Było to trochę ryzykowne, ale wiedziałem o nim tyle, że jest Niemcem, bo dlatego że jego rodzice wyjechali do Niemiec za pracą i on się tam urodził. Po kilku dniach powiedział mi, że na razie mogę być spokojny, bo tymczasem jest załatwione. Na jak długo to on też tego wiedzieć nie może. Było do przewidzenia, że takich pe¬wności nikt dać nie może, bo ludzie są tylko ludźmi, a że czas jest bardzo niebezpieczny, to jak kto może tak się ratuje, chociaż nigdy nie wie na jak długo. W tym czasie zaczynały się nie tylko łapanki do pracy, ale do więzień i obozów. (…) W tych już bardzo trudnych warunkach trzeba było jakoś żyć, ale robiło się coraz ciaśniej, bo coraz częściej i śmielej Niemcy zaczęli odwiedzać naszą wioskę. Na początku tylko za inwentarzem i zbożem, ale kiedy już na dobre rozgorzała na wschodzie wojna i straty były wielkie, zaczęli robić najazdy na domy położone w oddaleniu od wsi, najwięcej na takie co były w pobliżu lasu. Bo już zaczęły się tworzyć grupy, które może nic nie miały wspólnego z prawdziwą Armią Krajową, a zachowaniem swoim nie dawały dobrego świadectwa. Były to rzadkie wypadki, ale za to dla Niemców była to pod¬stawa do robienia najazdów i niszczenia rzekomych bandytów. Zaczęto robić najazdy na odosobnione domy, zabierali ludzi, którzy w wielu wypadkach nie mieli pojęcia za co są zabierani. Wiadomości ze świata zaczynały nadchodzić coraz lepsze, a tymczasem na miejscu zaczynał się coraz większy terror, ale jak do tego czasu były jakieś nadzieje, że może da się jakoś przeżyć, bo wiadomości były b. dobre. Na wschodzie Niemcy napotykali na coraz to większy opór, bombardowanie kraju niemieckiego było coraz to większe, a do tego zaczęli pojawiać się dezerterzy z frontu i wielu z nich potrzebna była pomoc. Być może i między nimi byli źli ludzie, ale i tym, jeżeli chcieli pomocy, była ona dostarczana. Wśród dezerterów było wielu Austriaków. Nigdy plany i nadzieje nie były i nie są gwarancją tego na co się czeka, nasze nadzieje również pomimo wszelkiej możliwej ostrożności, zawiodły. Możliwe, że do tego przyczyniło się i to, że mieliśmy warsztaty tkackie, co powodowało, że stale do domu f wychodzili ludzie i nie zawsze znajomi, bo również z sąsiednich wsi, a trzech dorosłych ludzi w domu mogło komuś być przeszkodą. Rok 1943 wczesną wiosną stał się dla całej rodziny wielką tragedią. Dla nieżyjących rokiem ostatnim, a dla pozostałych początkiem poniewierki, strachu, często głodnych dni i nocy zimnych i mroźnych pod gołym niebem. W początku kwietnia tegoż roku o godzinie drugiej nad ranem, kiedy jak najbardziej nic nie zapowiadało żadnego niebezpieczeństwa, bo ja o pierwszej idąc do domu, niczego nie mogłem zauważyć, tym bardziej, że jak zawsze pies wyszedł do mnie jak każdym innym razem, z daleka mnie wyczuł, a tej nocy jakby na ironię niczego i on nie przeczuł, widocznie jeszcze byli blisko trzech kwadransów od domu. Jeszcze nie zasnąłem, kiedy pies gwałtownie zaczął szczekać i zaraz mocne pukanie do drzwi, które nie mogło nic dobrego wróżyć, tym bardziej, że za drzwiami odezwał się po polsku policjant, nas trzech weszliśmy do kryjówki. Jeden miał legitymację Straży Pożarnej, która miała gwarantować przed łapankami i wywożeniem i Ojciec, że już podeszły wiek, to też na wywózkę się nie nadawał, poza tym byli Matka, dwie siostry i najmłodszy brat. Kiedy byliśmy jeszcze w zasięgu , że słyszeliśmy głosy w domu stało się jasne, że nie jest to jakaś łapanka, ale że zabierają wszystkich i pytają o resztę. Nie było czasu na dalsze słuchanie, zabraliśmy dwa karabiny i RKM, wypełzliśmy za ogrodzenie i tu zobaczyłem, że na każdym rogu płotu stoi po dwóch Niemców, a że ostatni wychodziłem, zauważono mnie gdy zabezpieczałem wyjście, a że oni stali około trzydziestu metrów, a tej nocy lekko padał śnieg, choć dobrze ziemi nie przykrył, to ja pochylony nie bardzo byłem widoczny. Ale jak zacząłem biegnąć w stronę potoku odezwały się strzały, a kule ponad głową było dobrze słychać. Dzięki temu, że biegłem w dół dobiegłem krzaków, a że Niemcy biegli za mną oddałem dwa strzały. Brat co pierwszy wyszedł i już był w krzakach żeby nie dać zejść z linii ognia też oddał strzał, trzeci ten, co się u nas ukrywał miał RKM, ale nie mógł być użyty chociażby na jego wagę. A tymczasem w domu rozgrywała się druga tragedia, w tym czasie kiedy my byliśmy już w potoku, rodzina była jeszcze w domu, bo i kilku Niemców jak usłyszeli strzały na polu, również i oni bohaterowie, przerazili się i nie wiedzieli co robić. Podwórze oświetlone rakietami, a kiedy strzelanina ustała, bo myśmy nie mogli strzelać w kierunku domu, to sami Niemcy strzelali, bo jakoś bardzo bali się ciemności. Przynieśli do domu rannego Niemca, załadowali na nasz wóz, zaprzęgli krowy, a już do dnia świecili na polu. Rannego okryli pierzyną i jak się dzień zrobił odjechali podpalając dom i stodołę. Zanim jeszcze to się stało, a ja nie spotkałem żadnego, bo każdy poszedł w innym kierunku, nie wiedziałem co dalej robić. Chciałem podejść bliżej żeby zobaczyć co się tam dzieje, dostałem nowe strzały. Okazało się, że dom był otoczony dwoma pierścieniami, a Niemcy dobrze strzelali, bo kapelusz jaki miałem na głowie kula mi przebiła, szczęśliwie nie trafiając niżej, bo dostałbym w głowę. Kiedy już nic nie mogłem zrobić, poszedłem do ludzi co już też byli na polu, bo pomimo odległości strzelanina ich zbudziła, dałem im broń do przechowania i zrezygnowany liczyłem ilu ich było (około osiemdziesiąt), a pomimo że tylu ich było i dobrze uzbrojonych, to gdy im droga wypadała przez las, woleli nadrobić kilka kilometrów. Poszli inną drogą, chociaż partyzantki jeszcze nie działały na tym terenie. We wsi sąsiedniej było ich jeszcze raz tyle w podobnej akcji, mieli tam samochód dla rannego, a ludzie szli jeszcze kilka kilometrów, dalej podjechały samochody i zawieźli wszystkich do Dębicy, a na drugi dzień wszystkich rozstrzelali wraz z innymi zabranymi w podobny sposób na żydowskim cmentarzu. My zostaliśmy żywi, ale za nami dalej chodzili tajniacy, takie spotkanie miałem raz w ogrodzie spalonego domu, bo tam codziennie podchodziłem w nadziei, że może kto dał radę uciec i przyjdzie na to miejsce, bo w tym czasie kiedy dostaliśmy wiadomość o straceniu rodziny, inną drogą przychodziły wiadomości, że w czasie egzekucji ktoś zdołał zbiec. Już na drugi dzień od wypadku zaopatrzyłem się w krótką broń, a starałem się podchodzić tylko nocą, uprzedzony już, że tam jacyś nieznani ludzie się kręcą, raz wczesnym rankiem podchodząc zobaczyłem człowieka, który podchodził zupełnie otwarcie na plac, bo jeszcze leżały niedopalone szczątki, ja podchodziłem z przeciwnej strony od lasu. Byłem dobrze zasłonięty płotem i grubą gruszą, ale jego dobrze widziałem. Popatrzyłem czy nie ma więcej kogoś, już nie kryjąc się zatrzymałem się na drodze koło płotu i grubej gruszy. Gdyby nie jego ruch, którym się zdradził, że ma broń to zszedłbym mu z drogi na plac, bo drogą każdy iść może, ale jeżeli ma broń i ten jego ruch dał mi znać, że jakieś zadanie ma, czekałem udając, że przyglądam się tym szczątkom, ale dobrze jego obserwowałem, byłem przy grubej gruszy i najmniejszy jego ruch miałem pod obserwacją. Ale wiedziałem, że na pewno chciał, mnie dostać żywego w ręce, bo przecież im chodziło o to, żeby przy takiej okazji jeszcze więcej ludzi wyciągnąć i unieszkodliwić. Widocznie nie był jeszcze doświadczonym tajniakiem, bo z daleka zaczął ze mną rozmowę i czy nie wiem co to się stało i co z tymi ludźmi się dzieje i czy żyją. Mówiąc to powoli zbliżał się a gdy był już w zasięgu krótkiej broni, bardzo delikatnie rozchylił marynarkę i nie zatrzymując się, uśmiechnięty jak na to miejsce to trochę za bardzo, szedł wolnym krokiem. Wytrzymałem do możliwych granic i nagłym ruchem, którego jeszcze z wojska nie utraciłem, skierowałem lufę pistoletu do niego tak, żeby miał pewność, że od kuli już się nie uchroni, a równocześnie krzyknąłem: „ręce do góry" I tu już mogłem przekonać się, że to był jakiś nowicjusz, bo w takiej sytuacji zaryzykował ucieczkę na otwartej przestrzeni na jakiej się znalazł. Mógł udać, że ja się pomyliłem, a że on do mnie nic nie ma, mógł przecież przeczekać i wybrać dla siebie lepszą okazję, ale ucieszyłem się, że tak zrobił, że po prostu uciekł. Jeżeli mnie już nic nie zagrażało, odwróciłem się i już tam dłuższy czas się nie pokazywałem. Jak układało się nasze życie? Trzeba było znaleźć jakiś przytułek, bo jeszcze i noce były zimne i jeść nie mieliśmy co, ubrania nie mieliśmy, bo wyszliśmy z domu tylko w spodniach i koszuli, a był to początek kwietnia. Ja dostałem od tych do których jeszcze w nocy zaszedłem, jesienny płaszcz i w tym dłuższy czas musiałem stale chodzić, dopiero przyszła moja żona w ten czas niewiele mogła, bo w domu u rodziców była pod wpływem człowieka, który sam do niczego ręki dołożyć nie chciał, twierdząc, że lepiej żyć cudzym kosztem jak samemu do czegoś się dołożyć i że pomoc dla ludzi ukrywających się jest przestępstwem wobec prawa. Z tego powodu dopiero kiedy znalazła inne drogi, mogła ml pomagać. Bracia również każdy w swoim zakresie jakoś sobie radzili. Mieliśmy wprawdzie już wielu znajomych, ale po tej tragedii nie byliśmy pewni jak się sprawy obrócą, bo strach może wiele zmienić, a dopiero w ciężkich i trudnych czasach ludzkie charaktery jak stal w wodzie mogą się zahartować. Dzięki temu, że bracia robili lniane płótno mieliśmy wielu znajomych i poza konspiracją, u jednych takich już na pierwszą noc, chociaż nie w mieszkaniu i nie na łóżku, ale mogliśmy się schronić przed chłodem i otrzymać pożywienie, było nas w tym czasie czterech, bo także ten co u nas miał mieszkanie i był jakby członek rodziny. Tej tragicznej nocy też był w domu, a jeden z braci miał warsztat tkacki u sąsiada, tam też często nocował. Ocaliło go to, bo sąsiad powiedział, że to jest jego rodzina z sąsiedniej wsi, a na szczęście nie żądali dokumentów i dzięki temu przypadkowi ocalał. Kilka tygodni siedziałem nigdzie się nie pokazując po tym spotkaniu na zgliszczach domu, bracia odeszli do innych miejscowości w miarę jak który mógł liczyć na jakąś pomoc. Cośkolwiek pomagała organizacja, ale była to niewystarczająca pomoc, a prace moją z przyczyny, że nie można było przewi¬dzieć czy dam rady utrzymać się na tym terenie, tymczasowo zastąpił inny na pewien czas. Nie było to łatwe ukrywanie się, bo tu już na tym terenie ukrywało się dwóch innych, których intensywnie poszukiwało Gestapo. W tym czasie dodano jeszcze i nasze nazwiska. Byłem już znajomym z jednym kierownikiem szkoły z tamtych okolicznych szkół, a ten starał się mieć znajomość z polskimi policjantami na paru posterunkach żeby w miarę możliwości nieść pomoc, jeżeli taka się nadarzała, a była możliwa. (…) Siedzimy przy stole, a na stole jest flaszka wódki jakby to miało być celem spotkania i nic nie zapowiadało niczyjej niepożądanej wizyty (kierownik twierdził, że jakby coś podejrzanego było, to jemu dadzą znać). Tymczasem na podwórko wchodzi dwóch ludzi w roboczych ubraniach. Kier. wychodzi i poznaje policjanta z najbliższego posterunku, a drugi jest z nadrzędnego posterunku, przyszli nie drogą, tylko przez pola. Ten, zawsze opanowany zaraz mnie przedstawił jako swojego kuzyna z sąsiedniej wsi (znali się dobrze, więc tamci nie mieli powodu żeby nie wierzyć). Usiedli i tak z miejsca wypili po jednym. Znalazła się i dobra kiełbasa i tak posiedzieliśmy chwilę, żeby nie było coś w tym, że prędko odchodzę pożegnaliśmy się, a z „wujkiem" szczerze się ucałowaliśmy. Jeszcze jednego na drogę i poszedłem pełen różnych myśli i obaw. Trochę miałem na plecach skórę ścierpniętą żeby ten obcy się czegoś nie domyślił i mnie nie zatrzymał, bo jak w czasie rozmowy powiedzieli, że przyszli żeby gromada pośpieszyła z dostawą żywca, a przy okazji dowiedzieć się coś o tych co na tym terenie ukrywają się i tu przeczytał nazwiska, a między innymi i moje. A że tak, czy inaczej wypadało mi iść w niewielkiej odległości od domu rodziców mojej przyszłej żony (wiele ludzi jak to na wsi wiedziało, że przed spaleniem tam chodziłem) to żeby teraz tego nie pokazywać, zboczyłem wcześniej w niziny tak, żeby znacznie dalej wyjść też między domy, ale tu domy były rzadko położone, a w terenie górzystym można było być niewidocznym. Gdy już byłem dość daleko i niewidoczny, a ja mogłem dobrze widzieć teren, który przeszedłem, zobaczyłem, że ci dwaj panowie szli też tą ścieżką co ja. Nie było to dla mnie nic dziwnego, bo tędy mogli dojść do tego domu niewidoczni, a syn z tego domu też był poszukiwany. Całe szczęście nie było go w domu. Ale nie było to dla nas dobrym zjawiskiem, bo nie tylko drogi, ale również i pola były bardzo niebezpieczne, nie tylko w dzień, ale i noc mogła być niebezpieczna, bo opanowane przez różnych sprzedawczyków. Jeżeli się takiego dało zdemaskować zawczasu, to się go upominało, co prawie zawsze odnosiło ten skutek, że jeżeli był to z innego terenu, to tu już więcej się nie pokazał a jak tutejszy, to był tak nastraszony, że się własnego cienia bał, a nawet często starał się być pożyteczny. Tylko, że takiemu już nikt nie wierzył i taki już zamykał się sam w sobie I takim pozostawał. Byli to przeważnie bardzo nieuświadomieni, chociaż może i z natury dobrzy, a tylko nie zdawali sobie sprawy z tego, do czego zostali wciągnięci. Ten dzień był bardzo ważny dla mnie, bo dostałem dobrą lekcję życiową, dał mi wiele korzyści na całe życie, a już może najwięcej na czas ten obecny. To, co teraz piszę już po upływie lat czterdziestu, może niektóre przeżycia z perspektywy czasu trochę się przyćmiły, ale ich nie zapomniałem, bo wojna ciągnęła się dalej i trzeba było żyć wśród tego młyna, który nas miażdżył, a my że jeszcze żywi, trzeba było bronić życia, tak jak każda żyjąca istota. Rok 1943 na naszym terenie był jakby rokiem zatraconej nadziei, nawet dla tych co do tego czasu wierzyli w upadek państwa niemieckiego, teraz zaczęli wierzyć w lepsze życie gospodarcze, co może powodowane było tym, że między innymi pojawiali się i tacy, co twierdzili jako naoczni świadkowie, że Niemcy chociaż prowadzą wojnę i muszą żywic jeszcze i podbite kraje to i tak w ich kraju jest dalej do¬brobyt, a przecież było powszechnie wiadomo, że może głodu tam nie było, ale dlatego, że co się dało to z podbitych krajów zabierali. Może o tym tacy ludzie nie wiedzieli. Było jeszcze i to, że na naszym terenie nie było świeżych wiadomości, a te które przychodziły były dużo opóźnione. Nie można było też nikogo przekonać, że Niemcy źle robili, bo byli tacy co tam za pracą jeździli i kraj ten znali, ale nie znając języka niewiele mogli wiedzieć o tym w jaki sposób w czasie wojny dobrobyt dalej się tam utrzymywał. (…) Wiadomo było, że to szła zagłada bez wyjątku czy to starzy, czy młodzi, kobiety czy dzieci, nic nie jest i nie może być oszczędzane, kiedy dwa tytany wzięły się do walki na śmierć i życie, tym gorzej, że przecież walczyli na terenie, o który obaj mocarze mieli pretensje, żeby dla siebie zagarnąć. I tak z różnym powodzeniem szli na wschód, a teraz jeden wyczerpany, osłabiony walczy bez opamiętania, drugi pijany szczęściem powodzenia nie widzi i nie patrzy na nic tylko jakby z zamkniętymi oczami idzie do przodu tratując co jest pod nogami. Ale idą, to też jest nadzieją, że w końcu przejdą, to również dodawało otuchy, że taki odwrót i pogoń przynajmniej w części uchroni tereny poza głównymi szlakami i nie tylko mienie, ale wiele ludzi nie tylko przed wywiezieniem, ale i od niechybnej śmierci. My, powołani do walki czynnej zebraliśmy kilka tysięcy ludzi i w miarę możliwości uzbrajano ich, ale nie było to wystarczające na potrzeby przyfrontowe, podzielono ich na odpowiednie grupy, przydzielono odpowiednich dowódców (mnie też dostał się jeden) front był jeszcze w różnych odległościach i organizowano wypady dywersyjne. Akcji tych, jeżeli chodzi o moją opinię, nie było wiele i nie przez fachowców były organizowane, być może, że prawdziwych specjalistów, do tej pracy nie było wystarczającej ilości, przeważnie rezerwiści i na pewno dobrzy fachowcy w swojej dziedzinie pracy, którą wykonywali w życiu cywilnym, a jednak często fakty wykazywały, że teoria i praktyka nie zawsze szły w parze. Jedna z takich zasadzek zakończyła się na pół tragicznie, na drodze przelotowej, podano, że będzie jechał samochód, ile mi było wiadomo, to tu nie było dobrego wywiadu, który powi¬nien dawać możliwie sprawdzone jakieś dane, tu nie było wiadomo jaki ma iść samochód, czy z wojskiem, czy tylko taki co przewozi żywność i jakieś drobne rzeczy jak narzędzia. Czasem szły transporty co przewoziły opatrunki, a często szły samochody osobowe, pojedynczo. W tym czasie jeszcze pewne, że ich nic na drodze spotkać nie może. Nie było wiadomo jakie należy robić przygotowanie, był rozkaz: „auto zatrzymać, ludzi rozbroić, a jakby się bronili użyć broni". Do tego wyznaczono około pięćdziesięciu ludzi, po połowie z dwóch grup, ja tam prawie, że się wychowałem i teren ten znałem doskonale i wiedziałem, że do wykonania tego zadania w tym miejscu wystarczy z tą bronią jaką mieliśmy, dziesięciu ludzi, nawet gdyby to był ciężarowy, pełny wojska samochód. Teren ten zastępował większą część ludzi, trzeba go było tylko wykorzystać umiejętnie. Kiedy chciałem przekonać o bezcelowości co do takiej dużej ilości ludzi jak i miejsca tego jakie nam wyznaczono, usłyszałem -"ty masz słuchać, a ja rozkazuję". Nie pomogło tłumaczenie że taka ilość ludzi to jest tylko przeszkadzanie jeden drugiemu i o wypadek jest bardzo łatwo. (…) Nareszcie front tak się zbliżył, że lasy zostały tak otoczone, a okoliczne wioski załadowane wojskiem, że wszelkie akcje z naszej strony stały się niemożliwe, byli fanatycy, którzy chcieli żeby tą garstką źle uzbrojonych już wycieńczonych ludzi uderzyć na Niemców , którzy pomimo, że cofali się, byli jednak w stanie bez wysiłku nas pokonać i zostawić tylko trupy, ale zwyciężyła jednak idea, że żołnierz nie po to walczy żeby ginąć, ale żeby osiągnąć wyznaczony cel w imię jakiego walczy. Niedługo, bo tylko parę dni, a stało się to, czego nikt z nas się nie spodziewał, byliśmy zdziwieni, bo lasy były okrążone, a oni jakoś do lasu iść nie chcieli, to już mogliśmy się przekonać kiedy front był kilka kilometrów od nas. W tym czasie od wschodniej strony podjechali w kilka samochodów, w tym dwa pancerne z wojskiem, dla nas w tym czasie była to bardzo niekorzystna sytuacja, bo w tym czasie i miejscu było nas około trzydziestu, na równym terenie i las prawie bez podszycia. Niemcy mieli ze sobą dość broni i mogli nam bez swoich strat samym ogniem karabinowym narobić wiele szkody. My mieliśmy tylko pistolety maszynowe, ale przecież o wiele mniejszym zasięgu, do tego nie mając nijakiej ochrony, a tylko słabą osłonę, byliśmy narażeni na ich ogień. To też było jedno z wielu nieprzemyślanych zarządzeń, bo tam wystarczył jeden wartownik, który miałby zadanie widzieć przedpole, a samemu nie być widocznym, a w razie potrzeby dać na czas meldunek, nie czekać tam gdzie miejsce dla nas nie jest dobre, puścić ich w takie miejsce, żeby można było mieć do pomocy teren. Tym razem skończyło się tylko na ich wizycie i zawrócili z powrotem. (…) Cofnęliśmy się w bardziej zagęszczone miejsce, trzeba było ustalić jak dalej należy postąpić, a tu znowu ta artyleria zaczęła strzelać, ale tym razem powoli i w różne miejsca, było zatem wiadome, że na razie nowego ataku nie będzie i pociski tym razem jakoś szczęśliwie nas omijały, ale i nas już było trzydziestu paru. O jakiej akcji już nawet myśleć nikt by się nie dał namówić i nikt słuchać nie chciał, bo nie było amunicji, a i noszenie broni nie miało już żadnego uzasadnienia. Po krótkiej naradzie wśród tu i ówdzie pękających pocisków, uzgodniliśmy, że każdy na własną rękę będzie się starał przedostać do wsi sąsiadującej z lasem od strony południowo- zachodniej, bo tam było, miało być, możliwe, rzekomo jakieś wyjście, bo po tym chociaż małym przesunięciu się frontu od strony północnej odsłoniło zachodnio-południową część lasu. Że nikt już nie miał amunicji, jedynie ci co mieli krótką broń mieli po parę sztuk, postanowiliśmy broń zakopać, co zostało zrobione, zapamiętując miejsce, jeżeli by jeszcze ktoś z obecnych miał możność użycia jej w niedokończonej sprawie. Pożegnaliśmy się prawie bez słowa, ale każdy miał w oczach łzy i ja też, było to jakby pożegnanie pogrzebowe, pod słonecznym niebem, zakrytym tylko koronami drzew, a że ja byłem prawie nigdy niewidocznym, a zawsze starałem się być tam, gdzie było to potrzebne i nie wybiegałem na widownię, ale mnie nikt nigdy szukać nie potrzebował jak to się niektórym zdarzało, może dlatego miałem poszanowanie u każdego z którym losy mnie stykały, ale tu nie mogłem iść z nimi, kiedy serce dyktowało inaczej.Gdy zostałem sam, znów przyszedł ten żal, który łamał i targał mną kiedy w 1939 roku szedłem do domu obdarty z wszelkich nadziei na dalsze życie i że tyle poświęcenia idzie znów na marne, ale na zachód nie poszedłem, bo wiedziałem, że chociaż rodziny już nie mam, a dwóch braci, którzy wcześniej zostali wysłani na akcje, gdy front był jeszcze w okolicach daleko od rodzinnych i że tam ta cała grupa miała wyginąć wraz z braćmi, to jednak coś ciągnęło mnie do tych stron rodzinnych, bo była jeszcze i druga siła, która ciągnęła mnie w tamtą stronę, została tam jedyna i droga mi dziewczyna, która wiele poświęciła się kiedy dom i rodzinę Niemcy mi spalili, a wiedziałem, że i ona czeka na mnie nie wiedząc, czy żyję, to jeżeli nigdy nikogo w przeważnie na wierzchu, bo atak był raczej niespodziewany w danej chwili, jak również nie było odpowiednich rozkazów co do obrony, jedno tylko może być określenie, że działanie było straszne, a żniwo śmierci wielkie. Rozkazy również nie mogły być wydane do odpowiedniej obrony w takiej sytuacji, bo nie było wiadome z jakiej strony nastąpi większe uderzenie, wiadomo tylko było, że będzie to wielka gra o wielką stawkę, w tym czasie już były może i dobre rozkazy i bardzo wiele jak najlepszych chęci do wyjścia z tej ciężkiej sytuacji, ale kto mógł przewidzieć, że ten front, który z głębi Rosji szedł, właśnie tu zostanie zatrzymany. Nie pomogli nawet najbardziej zdolni i chętni ludzie. Tymczasem stało się właśnie tak, nasze położenie stało się prawie bez wyjścia, prawdopodobnie chciano jakichś rozmów, ale Niemcy wiedząc że mają wielką nad nami przewagę, nie zgodzili się, a że uważano nas za bandytów leśnych, to nikt nie byłby oszczędzony i kto by w lesie był spotkany, ginąłby jak leśny szarak, toteż walka była zażarta, ale tak bardzo nierówna i z dużymi stratami. Straty w stosunku do tego odcinka, który padł na pierwszy ogień - jak już wspomniałem - były duże w stosunku do naszej liczby, nie znam jej, jak również nie znam ilości rannych, których zebrano żeby przetransportować poza front, który w tym samym czasie przesunął się o kilkaset metrów i dał jakieś szanse do tego rodzaju desperackiego i jedynego, bardzo ryzykownego wyjścia, za co dla tych co się tego podjęli mam jak największe uznanie, jeżeli to było możliwe ratowanie życia ludzkiego. Niemcy na razie wycofali się, bo i oni mieli straty, na jak długo już teraz nikt o tym nie myślał. Wielu na własną rękę może lepiej znając okolicę poszli na własną rękę, ale wiele zostało, nawet ranni, którzy mogli iść nie chcieli się narażać na zbiorowe przeciskanie się pod bokiem straży frontowych, postanowili pojedynczo jakoś się wydostać. Nie było już teraz ani oddziałów, ani dowódców, był ból, strach i niepewność następnej godziny, ale w tym czasie przyszedł do nas, którzy byliśmy zdrowi i mogliśmy chodzić, jeden z komendy, którego tylko przedtem raz widziałem i powiedział: „nasza akcja skończona, zebrać tych co zostali i próbować wyjść w kierunku południowym". Nie dał żadnych dalszych informacji i odszedł do grupy, która ryzykowała wielkie przedsięwzięcie. Cofnęliśmy się w bardziej zagęszczone miejsce, trzeba było ustalić jak dalej należy postąpić, a tu znowu ta artyleria zaczęła strzelać, ale tym razem powoli i w różne miejsca, było zatem wiadome, że na razie nowego ataku nie będzie i pociski tym razem jakoś szczęśliwie nas omijały, ale i nas już było trzydziestu paru. O jakiej akcji już nawet myśleć nikt by się nie dał namówić i nikt słuchać nie chciał, bo nie było amunicji, a i noszenie broni nie miało już żadnego uzasadnienia. Po krótkiej naradzie wśród tu i ówdzie pękających pocisków, uzgodniliśmy, że każdy na własną rękę będzie się starał przedostać do wsi sąsiadującej z lasem od strony południowo- zachodniej, bo tam było, miało być, możliwe, rzekomo jakieś wyjście, bo po tym chociaż małym przesunięciu się frontu od strony północnej odsłoniło zachodnio-południową część lasu. Że nikt już nie miał amunicji, jedynie ci co mieli krótką broń mieli po parę sztuk, postanowiliśmy broń zakopać, co zostało zrobione, zapamiętując miejsce, jeżeli by jeszcze ktoś z obec¬nych miał możność użycia jej w niedokończonej sprawie. Pożegnaliśmy się prawie bez słowa, ale każdy miał w oczach łzy i ja też, było to jakby pożegnanie pogrzebowe, pod słonecznym niebem, zakrytym tylko koronami drzew, a że ja byłem prawie nigdy niewidocznym, a zawsze starałem się być tam, gdzie było to potrzebne i nie wybiegałem na widownię, ale mnie nikt nigdy szukać nie potrzebował jak to się niektórym zdarzało, może dlatego miałem poszanowanie u każdego z którym losy mnie stykały, ale tu nie mogłem iść z nimi, kiedy serce dyktowało inaczej Gdy zostałem sam, znów przyszedł ten żal, który łamał i targał mną kiedy w 1939 roku szedłem do domu obdarty z wszel¬kich nadziei na dalsze życie i że tyle poświęcenia idzie znów na marne, ale na zachód nie poszedłem, bo wiedziałem, że chociaż rodziny już nie mam, a dwóch braci, którzy wcześniej zostali wysłani na akcje, gdy front był jeszcze w okolicach daleko od rodzinnych i że tam ta cała grupa miała wyginąć wraz z braćmi, to jednak coś ciągnęło mnie do tych stron rodzinnych, bo była jeszcze i druga siła, która ciągnęła mnie w tamtą stronę, została tam jedyna i droga mi dziewczyna, która wiele poświęciła się kiedy dom i rodzinę Niemcy mi spalili, a wiedziałem, że i ona czeka na mnie nie wiedząc, czy żyję, to jeżeli nigdy nikogo w życiu nie zawodziłem, to czy mogłem zawieść kochające mnie serce? Po dłuższej chwili jakby opamiętania, chociaż w dalszym ciągu od czasu do czasu padały pociski, poczułem, że do tych myśli i niepowodzeń dołączył się głód. Kiedy żegnaliśmy się przypomniałem czy każdy ma coś do jedzenia, bo nie wiadomo, kiedy i jaka będzie możliwość pożywienia i tu dopiero zastanowiłem się, że proponując te maleńkie ilości, co który miał podzielić na równe części dla wszystkich, co bez sprzeciwu zrobiono, ja też dałem ostatni ułamek jaki miałem do wspólnego podziału, z którego przez niedopatrzenie tego, nic się mnie nie dostało. Byłem sam, głodny i nic do jedzenia, w lesie też nic znaleźć nie było można. Nagle słuch wyczulony na każdy usłyszany ruch, pochwycił jakby czyjeś kroki i nie jednego człowieka, a kilku ludzi. Wprawdzie strachu ze sobą nie nosiłem, to jednak po tym co się stało, nie było wiadome, co jeszcze dziać się może. Przecież dziać się musi, bo czas nigdy nie staje w miejscu, po chwili zobaczyłem, że kilku z tych co odeszli teraz wracając zapytali, że jeżeli ja postanowiłem wracać przez front, to dlaczego oni tego zrobić nie mogą? Byli to ludzie z tych samych stron co ja, byli między nimi dwaj bracia z jednego domu (jeden późniejszy profesor Wyższej Szkoły Rolniczej, dziś już nieżyjący) reszta również rolnicy, w tym kilku późniejszych inżynierów różnej specjalności. Gdy znów byliśmy razem w małej grupie i bez broni należało się zastanowić co dalej, ich powróciło sześciu, a ja siódmy, to już jest duża grupa żeby próbować razem przez front, do tego nie znaliśmy sposobu umocnień, ani w przybliżeniu w tym celu trzeba to było zrobić jak najprędzej, żeby nie było późno, bo im dłużej to się przeciągnie, to lepsze będzie umocnienie i bardziej strzeżone, a przecież żywności nie mamy. Wprawdzie oni mieli po kawałeczku chleba, to do tego doszedłem jeszcze i ja, grzybów też nie było, a gdyby były to surowe na nasze puste żołądki już nie były do spożycia, a ogniska palić nie mogliśmy, a na dodatek żaden nie miał zapałek, innych owoców w tym terenie nie było. (…) Trzeba było podejść pod front, który już częściowo był w lesie, ale w przekonaniu, że jeżeli Opatrzność do tego czasu czuwała nade mną, to może zdołam i ten odcinek pokonać, jedynym pożywieniem już trzeci dzień była tylko woda z małych potoków, które tu i ówdzie można było spotkać, a reszta to tylko silna wola, każdy krok w lesie w czasie suchej jesieni był tak głośny jak jaki pękający granat, a tu jeszcze do tego Niemcy mieli psy, jakby im mało było tego, że sami nimi byli. Jednak postanowiłem nie cofać się a iść do celu, trzy dni niewiele mnie zbliżyły, droga co niby powinna się skracać, jakby się wydłużała, ale silna wola i różaniec był mi jakby bronią, której już dziś nie miałem przy sobie. Droga do wolności miała jeszcze wiele niespodzianek, idąc w obranym kierunku w czwartym dniu bez jedzenia, a był to bardziej jeszcze groźny widok był od wschodniej strony, może około sto metrów ode mnie w dole, bo tak teren opadał, wprawdzie był to las, ale oprócz tej małej kępki jodełek, reszta była rzadka i miała bardzo słabe poszycie, tak że widoczność była bardo dobra, na dole polana, jakby zagubiona łączka wśród lasów o szerokości może około pięćdziesięciu metrów, a po przeciwnej stronie mały, ale wartki potoczek leśny. Od tego potoczka na wschód teren lekko się wznosi i las prawie bez podszycia, na tym miejscu jest polowa kuchnia i to dość duży zespół, mogłem z łatwością widzieć, że było parę czynnych kotłów, jakiś magazyn pod namiotem i kilka samochodów, które co chwila odjeżdżały i te albo inne powracały, w nocy była zachowana cisza, ale teraz w dzień słychać było ruch, ale nie był to ruch głośny. Z czego można było wnioskować, że front jest bardzo blisko i nie tylko niemiecki, ale i rosyjski, bo i samochody pracowały jakby przytłumione. Widać było i po kilku żołnierzy, którzy co jakiś czas nosili (jak mogłem się domyślać) żywność w mniejszych naczyniach do stanowisk frontowych. Obraz ten byłoby dobrze oglądać na filmie, ale siedząc i oglądając to z bliska zdawałem sobie sprawę, że wystarczy jeżeli komuś spodoba się iść w tę stronę nawet za własną potrzebą, to mnie zobaczy, albo gdybym ja chciał zmienić to miejsce i gdy tylko wyjdę z tej kępki jedliny, na pewno to będzie moja ostatnia droga. Może z dotychczasowych dni mojego życia to ten był najdłuższy, siedząc tak miałem czas wiele przemyśleć, ale i to nie było takie łatwe, bo co jakiś czas żołnierze przechodzili w bardzo niebezpiecznej odległości, jakoś nie czułem lęku, ale jakby odrętwienie, czekałem tylko zmroku, który jak mi się zdawało da mi trochę wytchnienia, bo wiedziałem, że miejsce do którego idę jest może kilometr drogi, ale żeby go przejść, ile to czasu zabierze? Czy zdążę na następną noc? Czy może jest tam niemożliwość dojścia. (…)A już za drogą tylko wysoka miedza od zachodu, a od wschodu plecy wartowników. Stałem już na skraju lasu i skokiem na jaki mnie tylko było stać możliwie na przeciwną stronę i pochylony biegłem prawie, że pod lufą CKM, który stał na brzegu tej miedzy koło której biegłem. Mijając go usłyszałem ostry głos: „halt!", przeszedł mnie jakby uderzeniem w plecy, wiedziałem, że jestem zauważony, co zresztą z całą pewnością przewidywałem, ale licząc na spadek terenu, krok ten podjąłem. Jeżeli to było możliwe przyspieszyłem biegu a w tym samym czasie odezwały się CeKaEmy i kilka rakiet oświetlających, kule jak przewidywałem tylko w pierwszej chwili słyszałem nad głową, ale spadek terenu i to że ja biegłem prawie na czworakach nie dosięgła mnie żadna, odezwały się również i moździerze, których pociski padały w nizinę między frontową, było też słychać głosy dalszej artylerii. (…) Gdy się uciszyło, a ja prawie bez sił wiedząc, że jestem między frontami, pod osłoną nocy i drzew usiadłem pod drzewem i starałem się zebrać myśli i trochę sił do dalszej drogi, pościgu nie było, bo był to drugi front, ale i ja tu też zostać nie mogę. Nie namyślając się już dalej, bo zaczął się robić dzień i trzeba było iść dalej żeby jeszcze o zmroku minąć widoczną część terenu i podejść do okopów rosyjskich, ale tym razem iść otwarcie, na ile mi siły pozwoliły poszedłem prosto w górę również jakąś miedzą, wiedziałem, że mrok jaki jeszcze panuje od strony niemieckiej nikt nie może mnie zobaczyć. Natomiast od strony rosyjskiej jak zobaczą, że jestem sam i bez broni to pozwolą podejść i jakoś rozmówić się. Jak do tego czasu piany były dobre, ale kiedy podszedłem pod okopy trochę wysunięte do przodu może na kilkanaście kroków, pokazał się żołnierz i po rosyjsku kazał mi się zatrzymać, to tylko zrozumiałem raczej z tonu, bo języka nie znam, kiedy to się działo na polu było już jasno, widocznie. Niemcy zobaczyli, że ten co się przemknął między nimi nie zginął, toteż zaczęli strzelać, tym razem tylko artyleria i to dość celnie, ale na szczęście strat w ludziach nie było, a mnie kazano podejść do małego bunkra, tam już był inny żołnierz i wyprowadził w zasłonięte miejsce, gdzie było znów kilku innych i ten pchnął mnie do nich, że prawie upadłem i powiedział: „śpion". Nie bardzo wiedziałem co to słowo znaczy, odczułem jednak, że nic dobrego, a słów, które do mnie mówiono, nie rozumiałem. Wprawdzie języka rosyjskiego nie znałem, ale mogłem się rozmówić po ukraińsku, a to jest trochę zbliżony, jednak ci ludzie mówili nieznaną mi gwarą, czy też językiem, a ja stałem między nimi nic nie rozumiejąc, a widziałem, że miny ich nic dobrego dla mnie nie wróżą. W końcu jeden jak się domyślałem był znacznie wyższy stopniem (wiedziałem, że niektórzy na froncie odznaczeń ani stopni nie noszą) powiedział coś ostro i czterech żołnierzy znów ordynarnie pchnęli mnie i kazali iść we wskazanym kierunku, ale nie do tyłu, poza front, tylko wzdłuż frontu. Za chwilę podszedł do mnie jeden i powiedział, że jestem germański śpion i że będę rozstrzelany. Ja miałem usta i język suchy z pragnienia i z wrażeń dnia dzisiejszego, to nie mogłem dobyć w ogóle głosu, ale kiedy te słowa usłyszałem siłą woli i rezygnacji powiedziałem: „Niemcy wymordowali mi rodzinę to i wy możecie mnie zjeść,,. Przecież i tak nic innego zrobić nie mogłem, bo ucieczka jak się jest obstawionym przez czterech uzbrojonych, jest niemożliwa. Prosić już nie potrafiłem, po tych słowach przybliżył się drugi i bardzo słabą polszczyzną zapytał: „coś ty powiedział?" Powtórzyłem jeszcze raz to samo, ten coś pogadał do kolegów i zabrano mnie z powrotem, ale już nie w to miejsce co przedtem, tylko dalej do tyłu, doszliśmy do większej grupy i jak mi się wydawało, że tam wydawano żywność, bo wielu było z menażkami i tam był ten oficer, co poprzednio przy froncie kazał (jak mówił żołnierz) mnie zastrzelić, coś razem pogadali i odesłano mnie jeszcze dalej do tyłu. Tam wprowadzono mnie do dużego bunkra, wewnątrz miał jakby kilka pokoi w stylu wojskowym, jak dało się zauważyć była to większa komenda danego odcinka, przy jednym boku stał duży stół założony różnymi papierami i mapami, jeden z oficerów kazał mi usiąść. Po chwili przyszedł starszy człowiek na pewno należący do tego grona, ale dobrze mówił po polsku, spisano moje per¬sonalia, a pośrodku chodził wolnym krokiem oficer, co mogłem zauważyć był najważniejszą osobą i nie tylko w tym bunkrze. Nagle jakby sobie coś przypomniał stanął przede mną nic się nie odzywał i długo przyglądał mi się prosto w oczy, ja również jakoś spokojnie i tak jak on długo patrzyłem w jego oczy i tak chwilę czytaliśmy się nawzajem, każdy chciał wyczytać to czego chciał się dowiedzieć. Po chwili rzucił pytanie, którego nie rozumiałem, ale natychmiast powtórzył mi to tłumacz, „po co byłeś w lesie i dlaczego tak długo?,,, opowiedziałem całą historię swojego życia od czasu wojska do chwili obecnej, dalsze pytanie było: „co jest jeszcze na tym miejscu gdzie stał dom". Opowiedziałem, że jest sad, jest bardzo stara grusza, jest zasypana częściowo studnia, jeżeli nie rozebrany, to jest jeszcze płot wokoło, ta odpowiedź nie zadowoliła tego co dalej przechadzał się tam i z powrotem i powiedział: „tam jeszcze coś jest, a jeżeli ja nie wiem, to pewnie cały czas kłamałem". Byłem tym bardzo zaskoczony, bo cały czas mówię prawdę, a tu zarzuca mi się że nie, to pomyślałem, że na pewno z powrotem pójdę w las, wyczerpany prawie do ostateczności, nie mogłem sobie niczego więcej przypomnieć. Ale przyszła mi jeszcze na myśl piwnica, bo pierwsze audycje radiowe w tej piwnicy odbieraliśmy, to powiedziałem już jako rzecz już nic nie znaczącą, bo wiedziałem, że już nie konserwowana częściowo przeciekała to i o zawalenie się nie było trudno, tym bardziej, że już kilka miesięcy tam nie byłem, a wiedziałem, że nawet kamienie ludzie by rozebrali i jeżeli się tonie stało w ostatnich miesiącach, to tylko dlatego, że ten front szedł, a tego każdy się bał, bo gdzie się przesuwał, to za sobą zostawiał ofiary. Więc już tak raczej jako rzecz nic nie znaczącą powiedziałem: „była tam jeszcze piwnica, ale czy jest jeszcze, to nie wiem". W odpowiedzi przez tłumacza dowiedziałem się, że nie tylko stoi, ale że on właśnie ten co się przechadzał był przy niej kilka dni temu i dobrze ją sobie zapamiętał. Teraz podano mi mapę, żeby pokazać miejsce na którym był nasz dom, to była mapa rosyjska i nie mogłem od razu znaleźć tego miejsca i poprosiłem o punkt wyjściowy, bo była to mapa szczegółowa, więc chodziło o dokładność, ale zanim ten zdążył przetłumaczyć, inny oficer podał mi polską mapę i tu od razu zrozumiałem, że nie tylko ten tłumacz mówił po polsku, ale i inni też rozumieli naszą mowę i to jakoś podniosło mnie na duchu. Po krótkiej chwili ten co nie przestał chodzić, podszedł do mnie położył mi rękę na ramieniu i już nie przyglądał mi się tak jak przedtem i powiedział „dobrze, dostaniecie przepustkę i przewodnika", - nie domyślałem się, że już przechodzenie frontu może być bardzo niebezpieczne, - ale czy jeszcze znajdziecie tam swoich, to nie wiem, bo przyfrontowe tereny wojsko wysiedla w celu bezpieczeństwa, a teraz dostaniecie jeść i trzeba trochę odpocząć". (…) Tu należy się cofnąć jeszcze do czasu kiedy byłem w lesie, jak wspomniałem, że byłem prawie bez ubrania, to co było na mnie to były tylko strzępy, jedynie to tylko częściowo zakrywały nagość, ale już ciepła żadnego dać nie mogły, a mimo to, że był to dopiero koniec sierpnia, to noce w lesie były mocno chłodne. Często jednak tak bywa, że kiedy zdaje się że nie mamy wyjścia przychodzi coś, w jakiś sposób nas ratuje od załamania czy nawet rozpaczy, chociaż do tego starałem się nie dopuścić, ale brak nadziei byłby straszny. Przy tej małej nadziei uratowania życia i zdrowia zjawiła się jakby niespodziewana pomoc, albo ratunek, pewnie że stało się to czyjąś niewielką krzywdą, ale na pewno nie tak wielką jak było to dla mnie ratunkiem. Tych kolegów, kilku co się wrócili, przez te trzy dni nie chodziliśmy razem bo jak wspominałem, że artyleria stale do lasu strzelała, wprawdzie tylko w różnych odstępach czasu i miejsca, niemniej zawsze było to prawdopodobieństwo, że po¬cisk może paść tam gdzie by był najmniej pożądany i narobić wiele złego. Z tego powodu byliśmy zawsze w pewnym dystansie od siebie, ci co szli do lasu z domu, szli dobrze ubrani, bo mimo ciepłego lata noce zawsze były chłodne, ja po spaleniu dostałem od ludzi coś, ale na zmianę już nic nie miałem, a czas zabiera nam to co by nam i dalej było potrzebne. Bieliznę przeważnie sam prałem i nie zawsze mogłem mieć mydło, a o ciepłej wodzie mało można było marzyć i dawno przestała być tym do czego bielizna służy, a już kiedy chodziło o samą partyzantkę i kiedy przyszły ciężkie dni, to nikt nie myślał o tym co nie groziło zagładą życia. Tu ja byłem w tej okolicy w najgorszej sytuacji, bo co miałem, prawie się kończyło, a na zmianę nie miałem, w tym czasie kiedy jeszcze można było na melinę liczyć, jakoś można było żyć, chociaż i to było trudne żeby nie narazić ludzi na nieszczęście. Kiedy akcja już się zaczęła, zapasów nie miałem, pomimo, że na melinie się starano żeby mi pomóc, ale ludzie ci starali się nieraz ujmując sobie, bo byli niezamożni, a obarczeni liczną rodziną, dawali i tak bardzo wiele, ja również nie wymagałem, a byłem bardzo wdzięczny za kąt jaki tam miałem, jak również za wyżywienie, którego mi tam nigdy nie brakło. Natomiast potrzeby takie jak bielizna (zmiana) uzupełniała dla mnie moja przyszła żona, ale też i ona wiele nie mogła, bo nie było to łatwe, zawsze mógł znaleźć się ktoś nawet nieświadomy tego co robi i z dobrego serca rozpowiedzieć innym, a przecież i różnych donosicieli też nie brakło, a w takim wypadku mogło być wiele złego dla całej rodziny. Walka z okupantem nie była łatwa, ludzie mniej świadomi potrzeby chwili też nie mogą być pewni i to też bardzo utrudniało jakąkolwiek pomoc, chociaż swoim kobiecym sposobem w miarę możliwości starała się przy pomocy innych dostarczyć mi bieliznę to jednak było już za późno i to dopiero już na wysiedleniu o tym się dowiedziałem, niestety nie mogłem nawet tym ludziom podziękować za fatygi, bo losy nas nigdy nie złączyły, a jeżeli jeszcze gdzieś żyją, czynię to teraz. Gdy dojścia do nas stały się niemożliwe dla mnie pomocy już znikąd nie mogłem się spodziewać i tu w lesie jeden z tych co się wrócił, spotkał w jednym z jarów porozrzucaną odzież, widocznie ktoś z okolicznych mieszkańców widząc zbliżający się front ukrył odzież przed pożarem, albo grabieżą, - zawołał mnie żebym sobie z tego coś wybrał, bo byłem prawie, że bez ubrania, a wyglądałem jak strach na wróble, ale kiedy popatrzyłem na to poniżenie ludzkie bo jak to można nazwać -że ktoś na pewno nie Niemcy bo ich jeszcze tam nie było - potrafił czyjąś własność po prostu nie zabrać, ale zniszczyć rozrzucając po drodze. Pewnie, że była to też i wina tego co chciał to tam ukryć, bo nie dołożył jeszcze trochę chęci żeby to lepiej ukryć przed złym okiem, ale ja popatrzyłem się na to i odwróciłem się, bo pomyślałem, że chociaż w tej chwili nie mam, ale czy mi to będzie potrzebne jak pójdę na front? A jeżeli do tego czasu Moc Boża mnie nie opuściła, to jak przejdę, pomiędzy swoimi, jakoś dam sobie radę. Ale jeden z kolegów (późniejszy profesor i dyrektor Szkoły Rolniczej) wybrał kurtkę z tych rzeczy, przyniósł żebym to ubrał, bo to i tak się niszczy, bo jak front tu się zatrzymał to może postać dłużej, to po to nikt nie przyjdzie, a Niemcy i tak to zniszczą. W taki sposób na ostatnie dni miałem ciepłą kurtkę podszytą kożuszkiem, a teraz kiedy się oczyściłem, dostałem od kolegi jeszcze w dobrym stanie marynarkę i spodnie, mogłem się dalej udać do celu, dla którego nie wahałem się na przejście wiele przeszkód, bo wydawało mi się, że jest to już ostatni etap ciężkich trudów i udręczeń, lecz takie zdarzają się jedynie w bajkach, a życie na co dzień ma zawsze swoje prawa, a tym samym i coraz to nowe trudności, a często i takie o jakich nawet do głowy nam przyjść by nie mogły.

Napisz do nas




Kontakt: Zespół Szkół w Małej - tel/fax (017) 2213397 e-mail: zsmala@vp.pl
Copyright © 2018 miejscowosc-mala.pl wizyt: 236654 online: 2 Realizacja: Intellect.pl