ROZDZIAŁ 4

WYJAZD DO USA
(NOWE WARUNKI PRACY. SYN WYJEŻDŻA NA STUDIA DO POLSKI. ŚMIERĆ SYNA. CHOROBA I ŚMIERĆ ŻONY).
Czwartego kwietnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego roku przekroczyliśmy granicę Kanady i USA. Teraz wszyscy przyjechaliśmy na pobyt stały i znów nowe warunki. Trzeba było iść dalej w nieznane, żeby zacząć kolejny etap życia. Tym razem bardziej nieznanego i trudnego. Nauczony przykrymi doświadczeniami, że nawet bliscy potrafią być najgorsi poza naszymi plecami, czy wśród nieznanego świata, ludzi i języka, czy dam sobie radę? Wprawdzie miałem przy sobie żonę i syna, na którego mogłem wiele liczyć, ale czy to wystarczy? Żona nie znała języka bo rodzice przywieźli ją dzieckiem do Polski, jedynie syn znał trochę słów, których zdążył się nauczyć w czasie starania się o wyjazd, a że młody wdrożony w naukę szło mu to dosyć dobrze. To też stanowiło pewną nadzieję i jakby podporę przeciw moim troskom. A jednak jakiś dziwny ból palił mnie kiedy siadałem na okręt, ale jeszcze bardziej powiększał się kiedy patrzyłem na tych dwoje, bo wydawało mi się, że jestem nieudolnym człowiekiem że nie mogłem tym dwojga ludziom dać potrzebnych warunków do normalnego początku życia. Było jeszcze i to, że nie potrafiłem ominąć świętego prawa Ojczyzny, za którą walczyłem i za którą rodzina moja i miliony innych życie swoje oddało. Przecież tylu innych pracowało tu i też im życie płynęło dobrze, ale dodawało mi otuchy to, że tyle ludzi wyjeżdża i tam dają sobie radę. To i my przy pomocy Boga i ludzi też jakoś sobie poradzimy. Żona tam ma już dwie siostry. I z tym przekonaniem po raz trzeci zaczynałem od zera, ale tym razem wszyscy troje w miarę możliwości zdrowi i zdolni do pracy. Dobre było i to, że w tym czasie w USA praca szła w każdej dziedzinie i o pracę było łatwo. Do pierwszej pracy zaprowadził mnie szwagier, który tu rok wcześniej przyjechał, tak że już na trzeci dzień pracowałem, a na razie zamieszkaliśmy u siostry żony, ale wkrótce dostaliśmy mieszkanie na tej samej ulicy. Praca w fabryce metalowej to też dawała mi dość dobre rezultaty, dostawałem coraz bardziej odpowiedzialną i ja pracę tą lubiłem, ale po trzech miesiącach ogłosili, że cała fabryka przenosi się poza miasto. Żona i syn pracowali możliwie blisko do miejsca zamieszkania, gdzie była dobra komunikacja miejska, a na nowe miejsce pracy tej fabryki potrzebny był samochód, którego jeszcze kupić nie było można, bo trzeba było płacić za drogę do USA, którą nam zapłacił bliski krewny żony. Że o pracę było dość łatwo dostałem pracę w fabryce, gdzie wyrabiali instrumenty muzyczne, a w tym dziale harfy. Jest to duży i drogi instrument i wymagana jest wielka precyzja, ale że znałem pracę stolarską przyjęto mnie na próbę. Bardzo łatwo przyszło mi to przypomnienie tej pracy, którą jako pierwszą sobie obrałem, trzeba było tylko zaopatrzyć się w narzędzia, których fabryka nie dawała, teraz trzeba było się starać żeby tu już pracować, bo miejsce dojazdu było dobre, Zapłata z początku była niewielka, ale i ta niedługo się podniosła, a do tego po kilku tygodniach dostawałem dodatkową pracę do domu. Było to rzeźbienie części do droższych harf. Rzeźbienie mogłem podjąć, bo podstawowe zasady znałem już kiedy jak to już wspomniałem dorywczo chodziłem na naukę do stolarza, który i tej pracy dał mi podstawy. Chociaż wiedział, że nie będę miał czym za to zapłacić, nie żałował czasu, a swoją wiedzę chętnie przekazywał. Ja pracę tę bardzo polubiłem i wysoko sobie ją jeszcze teraz cenię. Nie tylko ja tę pracę polubiłem, ale dało się zauważyć, że z mojej pracy byli zadowoleni ci co za nią byli odpowiedzialni jak też ci dla których była wykonywana, przeszkodą był brak języka, liaz dobrego rozmówienia się mogły powstawać pewne nieporozumienia, nawet w samym wykonywaniu pracy pomimo, że pracowało wielu Polaków, którzy znali ten język, ale okazali się zazdrośni i mogłem spodziewać się fałszywej pomocy językowej. Pomimo moich nieuzasadnionych obaw, to do tego czasu wszystko układało się dobrze, syn zmienił pracę z fabryki taśmowej do kompanii telefonicznej na pracę lepiej płatną, ale tu już trzeba było kupić samochód, bo tam innego dojazdu nie było. W drugim roku syn doszedł do przekonania, że powinien iść na wyższe studia, pomimo że już bez większych trudności rozmawiał po angielsku postanowił że pojedzie do Krakowa na Akademię Górniczo-Hutniczą, motywując że tam robił Technikum, to łatwiej będzie mógł dać sobie radę, również i to, że władze polskie dawały lepsze warunki opłat w stosunku do amerykańskich. My rodzice nie godziliśmy się na to, długo trwały dyskusje bo syn chciał mieć w Polsce samochód. W końcu zgodziliśmy się, bo przecież miał pełne dwadzieścia trzy lata, młodość w końcu ma swoje prawa, a w końcu i żona uznała, że tam będzie sam to niech sobie chociaż tę przyjemność zrobi, to nie będzie tęsknił i prędzej na nauce się skoncentruje jak kupi sobie samochód. Po roku przyjechał do nas na wakacje, ale że jakoś nie chciał jeździć samolotem twierdząc, że jakoś w powietrzu nie czuje się pewnie, to żeby na ten czas zajechał, odjechał w połowie sierpnia okrętem „Batory". Jeszcze się umówiliśmy, że jak będzie na morzu, ja zadzwonię do niego na okręt i tak my chwilę rozmawiali, bo zapowiadali, że mogą w tym czasie wystąpić zakłócenia atmosferyczne, ale jak my się już z listów z Krakowa dowiedzieli, podróż była możliwa. Po przyjeździe do Krakowa napisał dwa listy, ale po otrzymaniu pierwszego następny był telefon od znajomych z Krakowa, z którymi był w stałym kontakcie mieszkał w domu akademickim.
W sobotę wcześnie rano, żona była jeszcze w łóżku, ja już przygotowywałem się do rzeźbienia i nagle przenikliwy jak nigdy telefon, sygnał z daleka, odzywa się operatorka „telefon z daleka" i zaraz słyszę, sprawdzenie adresu obydwu stron i głos: „Marian nie żyje, wypadek samochodowy, czy przyjedzie kto? jak nie, to gdzie pochować?" I tu jakby mnie kto mocno w głowę uderzył, co ja mam mówić? Przecież żona nie śpi, co się stanie za chwilę? W tym momencie jeszcze żona nie słyszała słów tamtej strony, ale musi się dowiedzieć jaka jest wiadomość, bo już wie, że rozmawiam z Krakowem i w tym czasie już stała przy mnie. Starałem się jak najzwyklej powiedzieć co się stało, ale to na niewiele się zdało. Żona jak stała tak jakby zesztywniała, zaczęło się z nią coś dziać, na twarzy się zmieniła, nie płakała tylko jakby nagle zaczęło ją coś dusić, a w słuchawce słyszę głos żeby dać jakąś odpowiedź chodziło o to czy przyjedziemy, czy sami tam muszą decydować, prędko odpowiedziałem, że przyjedziemy, odpowiedziałem jak mechaniczny automat. Teraz szybko posadziłem żonę na krześle, bo już ją trzymałem za rękę kiedy jeszcze mówiłem, oparłem o drugie miasto i jak tylko mogłem zdążyć obmyłem jej twarz zimną wodą, jakby się zbudziła, zamrugała oczami i po kilku jakby drganiach czy jakimś wewnętrznym oddechu dostała straszliwego spazmu, nie dała rady płakać, a tylko jakby jakiś jęk dostawał się z piersi. Że lekarz na szczęście mieszkał niedaleko zadzwoniłem i powiedziałem jaka jest sytuacja i dla- dlaczego, na szczęście on też już wstawał, kazał tylko żeby nie zmieniać pozycji w jakiej jest w tej chwili i że on zaraz przyjedzie. Za kilkanaście minut przyjechał. Dał zastrzyk, dużo do niej mówił, a gdy było widać, że już zaczyna słyszeć dał pastylki, ale nie dała rady wypić, dał znów zastrzyk I po chwili zaczęła normalnie płakać, lekarz czekał długo aż jakoś się opamiętała, zostawił lekarstwo żeby ten stan powoli przechodził, mnie dał instrukcję co mam robić, gdyby się do godziny nie poprawiło, albo gdyby nastąpił nawrót i że zadzwoni żeby wiedzieć jak się żona czuje. Powoli zaczęła wracać do normy jeżeli można to tak w takiej| chwili nazwać nie wiedziała jaką dałem odpowiedź, trzeba było powoli opowiadać, ale bardzo bałem się poprzedniego nawrotu, bardzo powoli zaczęliśmy rozmawiać tak, że już ona zaczęła się zastanawiać jak należy postąpić dalej. Sam złamany bałem się już wszystkiego. Kiedy był lekarz zadzwoniłem do najbliższej rodziny, to po pewnym czasie przyszło kilka osób, a kiedy zadzwonił lekarz to im mogła sama z nim rozmawiać i umówili się na popołudniową wizytę. Kiedy jakby się to jakoś uspokoiło ja odczułem silny ból w piersiach, poczułem że ja też człowiek nie z żelaza, zaczęło mi robić słabo, ale jak mogłem się do tego przyznać wobec tego, co przed chwilą się działo, wypiłem dwa koniaki, a że w tej chwili było kilka osób poszedłem do piwnicy i tam chwilę samotności przeżyłem, trzeba było do wyjazdu się przygotować i sprawy papierkowe załatwić, co trochę utrudniało to, że była sobota, ale przy pomocy syna i córki siostry żony, którzy tym razem pomogli, a już na drugi dzień my mogli wyjechać, bo żona oświadczyła, że cokolwiek stałoby się, ona tam chce być. Paszport żony był przedawniony, to uzgodniono, że odnowiony zostanie w ambasadzie w Warszawie, w czasie bardzo krótkim, bo już w niedzielę po południu wyjechaliśmy w towarzystwie siostrzenicy i jej koleżanki. W Londynie musieliśmy się przesiadać na polski LOT, który odchodził dopiero po kilku godzinach. Tu nastąpiła jakaś nieznana mi do tego czasu reakcja, te dwie młode kobiety zabrały żonę żeby sobie pooglądać port, mnie zostawiono przy bagażach, ale już kiedy wchodziliśmy do poczekalni poczułem podobny jak poprzedniego dnia ból w klatce piersiowej, ale tym razem wyłącznie w lewym boku. Nic nie mówiąc zostałem przy bagażu i usiadłem na ławce, mając nadzieję, że to przejdzie. Ból zamiast przechodzić zaczął się potęgować do tego stopnia, że zaczęło mi się robić w oczach ciemno i słabo, poczułem strach, bo co ja teraz zrobię, na tyle języka nie znam, żeby powiedzieć komuś co ze mną się dzieje, a siostrzenicy, ani jej koleżanki (które znały język) nie było. Zacząłem pojmować położenie w jakim się znajduję i skutki jakie mogą za chwilę nastąpić. Wiedziałem, że jest to sprawa serca, które niedawno leczone musiało stać się mniej wydolne do normalnej pracy. I nie wiem, czy to było dobre posunięcie, czy tylko desperackie i jakby odruchowe. Naprzeciw gdzie siedziałem zobaczyłem bar, gdzie podawano wszelkiego rodzaju napoje, a między nimi wyskokowe, nie zastanawiając się nad bagażami odszedłem już dosyć z trudem do kiosku i kazałem sobie dać koniak, poczułem jakbym połykał bryłkę lodu, kazałem dać po kolei jeszcze dwa, ale ja jakbym uczuł jakąś ulgę, a bałem się żeby nie zrobić kłopotu nowego, kazałem jeszcze dwa i zauważyłem, że więcej bym już nie dostał, położyłem banknot na ladzie, kelner wydał mi resztę i odszedłem od bagaży i teraz uprzytomniłem sobie, że je zostawiłem i że ich mogło już nie być. Jakoś jakby ból gdzieś odszedł tylko słabość została, ale do tego mogło się przyczynić i to że cały dzień nic oprócz tego koniaku co rano wypiłem dnia poprzedniego, nic w ustach nie miałem, dopiero to co dali w samolocie. Po kilku godzinach byliśmy w Warszawie, pomimo; że mieliśmy zapłacone bilety do Krakowa, to okazało się, ze rezerwacja nie przyszła, mimo, że w tych godzinach szedł samolot do Krakowa i miał prawie połowę miejsc wolnych, jak mówił jeden z obsługi, który chciał nam dać miejsca, bo bilety mieliśmy przy sobie, to przełożony nie zgodził się i wiele pustych miejsc było, a my musieliśmy odjechać taksówką, bo jak nas poinformowano, to rezerwacja jeżeli nie przyszła dziś, to może przyjść dopiero na drugi dzień około południa, natomiast za cztery bilety z Warszawy do Krakowa nigdy kosztów nam nie wrócono. Była to sprawa biur i biurokracji, bo bilety nie zostały wykorzystane i to nie z naszej winy. Wreszcie dostaliśmy się do Krakowa już późnym wieczorem, my już zatrzymali się u krewnych a siostrzenica i jej koleżanka u ich znajomych. Chodziło o to żeby być blisko siebie, a sprawy związane z pogrzebem syna można było w jak najkrótszym czasie załatwić. Dziwne jakieś niezrozumiałe serce, czy jakieś uczucie rodzicielskie, tak żonie jak i mnie zdawało się, że syn czekając na nas cierpi, że jeszcze nie ma własnego kąta, w którym będzie mógł spokojnie odpocząć po tym niespodziewanym a tak tragicznym wypadku, że czeka na nas. W tym też celu zaraz rano żona wysłała telegram do swojej siostry żeby przygotowała miejsce na cmentarzu na czas zbudowania grobu. Miejsce gdzie leżał syn otwierano około południa, tymczasem pojechaliśmy na miejsce wypadku i do tamtejszej Komendy MO, po dokładniejsze informacje o śmierci syna. Tam poinformowano nas, że jednym i może najważniejszym powodem była nadmierna szybkość na zakręcie i rzekomo jakaś ilość alkoholu we krwi, co ja osobiście nie bardzo się mogę zgodzić, bo wiedziałem, że syn nie tylko to, że ja nie widziałem żeby pił, kiedy miał prowadzić samochód, ale jeszcze kiedy raz zobaczył, że ja wypiłem jedną wódkę na weselu, a miałem jechać, to mnie upominał żebym pamiętał, że prowadzę dziś samochód. Ale jeżeli tak wykazało badanie, to coś w tym być musiało. Dalszych dociekań nawet między kolegami syna żona nawet nie chciała słyszeć twierdząc, że tym jego już nie wskrzesi, ale na pytanie kto byli ci tego tragicznego wieczoru koledzy, nikt jasnej odpowiedzi dać nie potrafił z jego kolegów tych, co my znali z lat poprzednich. Po powrocie do Krakowa trzeba było przygotować ubranie i kupić trumnę, a po kilku godzinach mogliśmy widzieć syna. I tu trzeba powiedzieć, że żona jak przyrzekła, że znajdzie tyle siły i na pogrzebie być, tak tego słowa dotrzymała, lepiej jak ja, bo ja kiedy poszedłem do składu w towarzystwie przyjaciela po trumnę i gdy już my mieli wyjść, to tak osłabłem, że gdyby mnie nie przytrzymał to jak później mówił bo tam była dla mnie chwila, której nie pamiętam że musiał to zrobić mocno i tamtejszy robotnik pomógł mnie wyprowadzić aż mnie zimny wiatr owiał. Była to chwila kiedy nie było przy mnie żony, o którą stale się bałem, a tu jej nie było i uwaga moja nie była nastawiona na żonę, a ból bezpośrednio na mnie uderzył kiedy te ostatnie parę desek miało zamknąć drogie szczątki syna i wszelkie plany i nadzieje i miłość rodzicielską, o której nie można nawet mówić przy takich, którzy tego nie przechodzili. Tego ani zrozumieć nie można, ani wspominać nie warto. Kolega co był ze mną poszedł do swoich zajęć, a ja wróciłem do żony i zdawało mi się, że jestem już normalny, ale wyczulone oczy żony wyczytały bo zapytała się: „dlaczego jesteś taki zmieniony?" Ale zaraz dodała: „ja wolałam tam nie iść". Następnego dnia przewieźliśmy syna do parafii, gdzie wychowała się żona i w tym samym dniu odbył się pogrzeb, wcześniej przez siostrę żony przygotowany. Że to wszystko trwało kilka dni, a to było dość głośne, toteż i ludzi było dużo, co do tego najęliśmy autobus z Krakowa to i z tej strony wiele krewnych, a już szczególnie koledzy i znajomi na ten smutny obrządek przyjechali. Następne dni w części poświęciliśmy na dopilnowaniu i w miarę możliwości przyśpieszeniu budowy grobowca, który znów na propozycję żony zbudowano na trzy trumny. W tym czasie częściowo mieszkaliśmy u siostry, ale też kilka dni spędziliśmy w Krakowie, bo jednak Kraków był i jest nam bliski sercu. Tam urodził się syn i tam przeżyliśmy dwadzieścia kilka lat. Zajęcie pogrzebem usunęło z pamięci to, że żona miała załatwienie paszportu w ambasadzie. Dopiero kiedy syn spoczął na wieczny odpoczynek na swoim miejscu, a czas powrotu się zbliżał wtenczas i to też trzeba było uzupełnić. Ale byliśmy przekonani, że to będzie zrobione przy wyjeździe, ale ta sprawa nas zawiodła. Bo czas potrzebny do wydania nowego paszportu wymagał czasu trzydziestu dni, żona musiała zostać, a ja i siostrzenica musieliśmy wracać do pracy, koleżanka nie była w tym czasie bardzo związana z pracą, to uzgodniliśmy, że obydwie zostaną, n ja I siostrzenica odjedziemy, bo przecież i materialnie byliśmy bardzo wyczerpani. Na drugi dzień późnym wieczorem ja i siostrzenica byliśmy w Chicago, żona z powrotem u siostry na wsi, blisko grobu syna. Ale jak wiele się zmieniło. Dopiero parę lat temu żona wyjechała tylko z siostrą i z tą myślą, że już do Polski nie wróci i nawet tak bardzo zimno się ze mną pożegnała, a jak mnie się zdawało żeby do wody wskoczyć i płynąć za statkiem, który jakby jakieś widmo porywał mi najdroższą osobę i gdyby nie to, że pamiętałem, że został w domu syn, byłoby mi o wiele gorzej wracać. Żona pokazała się na chwilę kiedy już holownik dysząc ciężko kierował statek na pełne morze, zdążyłem zrobić kilka zdjęć i mgła zaciemniała powoli wszystko. Nie było już czego stać i to był znów nowy etap jakby nowego życia. Kiedy wracaliśmy z Gdyni do Krakowa, to już w pociągu mogłem się dowiedzieć, że żona nie ma zamiaru do mnie wrócić, a czy zechce nas zabrać do USA to się jeszcze okaże jak dalej będzie się układało. Pomimo, że znałem fałsz i obłudę ludzi, to nadal starałem się robić wszystko co było możliwe i co uważałem ni dobre żeby dalej utrzymać dobre stosunki nawet z tymi nieżyczliwymi. Żona przysłała tylko jeden list z Londynu, a potem pełne dwa miesiące listu od niej nie było. Wiedzieliśmy, że pisze do siostry, do znajomych, syn to też mocno przeżywał. Ale ja co tydzień nieustannie wysyłałem list tak jakby wszystko szło normalnym trybem, adres wiedziałem, bo wiedziałem i to, że obydwie mieszkały razem, ślepa miłość przeszkód nie zna, wierzyłem, że tym sposobem jeżeli nas nie weźmie to sama do nas powrócić musi. Sumienie ją zmusi, kiedy już syn szkołę skończy. Nie znałem ani praw, ani okoliczności, wierzyłem w prawo życia, w prawo Boga, w którego przecież wierzyła. Wierzyłem w to, że wierząc wrócę ją na drogę, z której nie ze swojej albo nie ze złej woli, ale jakaś niezrozumiała wizja ją do tego pchnęła, podsycana czyjąś fantazją i zarozumiałością. Ale wierzyłem i musiałem wierzyć i w to, że już po dłuższym okresie, który sama uznać musiała, że w miarę możliwości życie miała dobre, a co może ważniejsze, niczym nie skrępowane, to serce jeżeli jest, a przecież na sobie to już poznałem, to ją do nas przywrócić potrafi, o czym później mogłem sie wiele razy przekonać. (…) Chociaż wiemy z doświadczeń życia, że chociaż rany się goją, to zostają blizny tak, ale te blizny są już przeszłością i nie czynią nic co by zmieniało nasze życie, a raczej same się dostosowują do naszego życia, a są kierunkiem i przestrogą na przyszłość. Obawy o to żeby się synowi co nie stało, które nosiliśmy w sobie oboje bojąc się jedno przed drugim głośno powiedzieć, teraz dopiero kiedy znów znalazłem się sam, a tylko w zmienionej pozycji geograficznej, spotęgowały się jeszcze więcej do granic wytrzymałości. Ale jak w wielu ciężkich sytuacjach praca daje jakby ukojenie, czy uspokojenie, tak i tym razem, czas ten przeszedł i żona przyjechała, tu znów trochę wspomnień, trochę łez i niezapomnianego wydarzenia, taka próżnia w przyszłości. Jedynie to praca dawała trochę odprężenia, ale jak na razie nadziei na przyszłość żadnej. W niedługim czasie zachorowała żona. Badania szpitalne jasno niczego nie wykazały, ale podniesione ciśnienie i praca serca dawały lekarzom domysły, że to może być sprawa serca, w ciągu paru lat co roku badania, bo nie czuła się dobrze. Zawsze były to tylko badania, ale teraz coraz więcej było pewności, że jest to niezawodnie sprawa serca. Parę lat po śmierci syna nie mogliśmy się skupić na tym, że przecież na nasze żądanie życie nie stanie w miejscu, nieszczęście tylko na jakiś czas zagłusza świadomość, że iść musimy dalej. Życia zatrzymać się nie da tak, jak nie można tego zrobić z rzeką, której wód nikt zatrzymać nie może, jedynie co można to nadać jej inny kierunek. Ja taż musiałem się jakoś otrząsnąć i myśleć o tym, że jutro jeszcze istnieje, ale jakie to jutro, to jest dla nas nigdy niawiadome. Dlatego trzeba było zmusić samego siebie do podjęcia odpowiedniej decyzji, a że już od pewnego czasu zaczęto dawać mi uczniów do nauki, zobaczyłem, że ja sam też mam pewne braki i żeby temu zadaniu sprostać muszę się e sam coś poduczyć, niektórych przedmiotów związanych z moją pracą. Z dość dużym wysiłkiem w ciągu dwóch lat zdobyłem potrzebne przedmioty tak, że mogłem pracę wykonywać, jak innych uczyć ku zadowoleniu odbiorców. W tym czasie żona pracowała, bo jak mówiła, że jakoś szybciej| czas idzie, wprawdzie od czasu do czasu zostawała w domu, ale ciągłość pracy utrzymywała tak, że ubezpieczenia miała swoje, a to jakoś cieszyło, że daje sobie radę. Ukończenie kursu podniosło nie tylko płacę, ale przybyło też i więcej pracy, bo doszła do tego potrzeba doglądania innych, ale dobre rady zawsze dawały dobre rezultaty i już w pracy było mi dobrze, a mam nadzieję, że nikomu niczego źle nie doradziłem. Pracy było wiele, ale że ja tę pracę lubiłem, to od tego się nie uchylałem, toteż byłem zadowolony tym bardziej, że to dawało mi nie tylko samo zadowolenie, ale potrzebne zaspokojenie materialne. Ale zazdrość ludzka nigdy syta nie będzie, to też takie niby nic nie znaczące słówka, ale które przeszywały do szpiku kości, były jakby kamieniem, który nie tylko przygniata, ale i zmiażdżyć może. Podczas nieobecności żony dawano mi do zrozumienia, że w ich osobistej rodzinie nic podobnego wydarzyć się nie może (być może, że ta pewność da im szczęście) tego żonie mówić nie mogłem, ale jakąś kobiecą intuicją to wyczuwała i wiele razy tylko z tego żeby utrzymać dobre stosunki, udawała, że jest dalej bez zmian, jak to było jeszcze w Krakowie. Wiele ludzi i z mojej rodziny złe słowa mieli dla nas, że nie spełnialiśmy ich życzeń, było ich wiele, pożyczki, których nigdy nie mieli nawet zamiaru wracać, bo i możliwości by nie było, to kupno samochodów, czy jakiś innych drogich urządzeń, pewnie, że jeżeli ktoś przyjechał i wszystko dobrze się układało, to i pomoc była możliwa, my i tak w miarę możliwości pomagali, ale już nie tak na szeroką skalę, jakby to było możliwe, gdyby nie ten wypadek i późniejsze jego skutki w naszym zdrowiu i samopoczuciu. Dziwna jest ludzka naiwność, kiedy znalazłeś się w Ameryce, to już mają tyle, że powinieneś dawać. Ameryka jest krajem, gdzie jest chleba pod dostatkiem, ale pracować trzeba tak jak wszędzie, a bez pracy też można być żebrakiem, albo jak w moim wypadku, dobrze, że jakoś dawałem sobie radę, że miałem dobry zawód w rękach, to nie potrzebowałem innej pomocy. Wielu na tym dobrze nie wyszło, co tak myśleli, że jeżeli się dostanie tu, to już ma wszystko. Ci, co przyjechali nawet z takimi przekonaniami, ale zaraz doszli do wniosku, że bez pracy życie nie może się układać i zabrali się do parcy i tego nigdy nie pożałowali. Mnie to nie spotkało, bo zanim tu jechałem wiele czytałem i z ludźmi rozmawiałem dlatego jadąc nie liczyłem na daremną fortunę, wiedziałem, że praca i tylko praca jaka ona nie byłaby, da możliwość bytu. Dopiero kiedy dzieje się coś co przekreśla możliwość zarobku, wtenczas człowiek staje się ciężarem państwa, jak też rodziny, czy otoczenia. Gdy już mieliśmy dobrze ustabilizowaną pracę, a my z żoną nie czuli się na zdrowiu za dobrze, uradziliśmy to, żeby zrobić dłuższe wakacje i pojechać do Polski na kilka tygodni. Postanowienie było możliwe, bo już i w fabryce poszli nam na rękę, bo obydwoje tam pracowaliśmy i z naszej pracy byli zadowoleni. Obecnie czas po pracy zużywaliśmy na przygotowanie do urlopu, tym więcej, że i siostra z mężem w tym samym czasie wybierali się też na kilka tygodni, ale że składaliśmy podania do linii lotniczych osobno, odlot nasz był też w tym dniu, ale kilka godzin wcześniej i inną trasą. Dopiero w Warszawie my parę godzin czekali na ich przylot, ale czas ten wykorzystaliśmy na pobieżne zwiedzenie przynajmniej okolic bliskich lotniska. Bo pomimo, że tyle lat mieszkaliśmy w Polsce, to zwiedzenie tego miasta nigdy nie było możliwe. Kiedy robiliśmy starania o urlop, czułem się źle, byłem osłabiony, a do tego miałem bardzo pobudzone nerwy, co mocno odbijało się na pracy serca, do tego ciśnienie daleko poza normalne. Lekarz i żona namówili mnie żeby sobie od razu zarezerwować uzdrowisko, sama jakoś w tym czasie czuła się dobrze, co też uwidaczniało się w jej zachowaniu i nie zgodziła się żebyśmy razem zrobili dwa tygodnie wczasów leczniczych. Po przylocie siostry, już razem odjechaliśmy pociągiem do Krakowa. I tu chwilowo drogi nasze się rozeszły. Siostra z mężem zostali u znajomych, a my pojechaliśmy do siostry, która mieszkała na wsi, a żona chciała jak najprędzej korzystać z uroku wsi. Droga nasza wypadała koło cmentarza, gdzie spoczywa syn więc: chwilę poświęciliśmy przy grobie. W czasie tego chwilowego pobytu przy grobie zobaczyłem coś co mnie mocno przeraziło. Żona w czasie przed wyjazdem i w czasie jazdy i lotu była ruchliwa, wesoła, pełna energii, a tu nagle jakby coś, czy jakiś ciężar spadł na nią, albo jakaś boleść nagle ją chwyciła, zauważyłem jak starała się, żebym nie widział, że przyciskała rękę do lewego boku. Był to dla mnie nowy strach, chociaż już znany, ale jakby przytłumiony i nagle ujawniający się. Ale po przyjeździe do siostry i po powitaniach, to jakby przeszło i wróciła do normy i była w jak w czasie przygotowania do drogi, jak również w czasie drogi, Zgodnie z planem na drugi dzień pojechałem do Ciechocinka ale to co widziałem wczoraj nie dawało mi już spokoju, w Ciechocinku postarałem się o miejsce dla żony i na drugi dzień wczas rano po żonę pojechałem, tym razem dała się łatwo namówić i znów w następny dzień przed południom byliśmy w Ciechocinku. Ale teraz już nie korzystałem z pokoju w Uzdrowisku, bo dla żony nie mogłem dostać pokoju tylko my wynajęli w pobliżu mały słoneczny pokoik i tam my mieszkali, a na zabiegi tylko dochodzili. I tak mieliśmy spędzić ten czas przeznaczony na podreperowanie zdrowia. Od początku wszystko układało się dobrze, ale w drugim tygodniu zaczęła się uskarżać na ból w lewym boku, poszliśmy do lekarzy, którzy zrobili wszelkie możliwe tam badania, a która niczego złego nie wykazały, ale żona dalej się trzymała za lewy bok, bo lekarstwa jakie profilaktycznie dali nic nie pomagały. Nie chciałem już dłużej czekać, bo wiedziałem, że po tym niczego dobrego spodziewać się nie można. Żona znów nie za bardzo chciała wracać, tylko żeby być do czasu jaki był zapłacony, bo jednak było tam bardzo przyjemnie. Mimo to, trzy dni wcześniej my wrócili do siostry i rano przyszedł lekarz, dał lekarstwo, to miało być pomocne. Jeszcze my pojechali na krótką wycieczkę, ale na drugi dzień ból bardziej był dokuczliwy Zawiadomiony lekarz tym razem kazał jechać do szpitala a dokładnego zbadania. Sąsiad miał samochód i zaraz my pojechali, pierwsze badanie wykazało, że jest możliwy zawał serca, dalsze badania potwierdziły co według specjalisty wiązało się z minimum pięć tygodni leżenia, jeżeli nie nastąpią inne komplikacje. I tak znów pokrzyżowały się plany urlopowe i zaczął nasz następny etap niby cichego, ale jak bardzo bogatego w wiele kłopotów życiowych, które też na pewno zostawiły ślady i na moim już i tak nie najlepszym zdrowiu. Kiedy już wydawało się, że może to najgorsze przeszło, to znów pojawia się coś, co przykuwa do ziemi i jak wichura nie pozwala roślinom podnieść się, tylko trzyma je przy ziemi i kłody ucichnie zaczną się podnosić, to znów nowym podmuchem kładzie, nagina, a i często łamie. Tak i mnie, kiedy się wydaje, że będzie można swobodnie| popatrzyć przed siebie, to jakiś wiatr rozwiewa wszystko i każe zapomnieć o tym, co zdawałoby się, że przecież i dla mnie chociażby już nie takie przez poetów wymarzone słońce, ale takie zwykłe letnie, czy jesienne zaświeci, ale widoczne sprawdza się czyjeś powiedzenie „Gdzie słońca nigdy nie zakrywa cień, tam skwarny jest dzień, a gdy znów jest ciągle zakryte chmurami, chłód i zimno wciąż idzie za nami”. Najlepsza pogoda, gdzie jedno i drugie, ale są sytuacje, że albo ciężar za duży, albo człowiek za słaby. Tym razem, kiedy cieszyliśmy się, że będziemy mogli spędzić miłe wakacje na ziemi ojczystej bez oglądania się na wydatki, które już w tym czasie były uregulowane, to nowy cios, nowe uderzenie, tym razem również groźne i ciężkie. Pięć tygodni szpitala , a co dalej? A czy te tygodnie dają jaką gwarancję? A po wyjściu ze szpitala jakie widoki? Na te i wiele innych pytań gdzie szukać odpowiedzi? Szpital bez ubezpieczenia opłacić gotówką, której na tyle nie miałem, bo tego przecież nie przewidywaliśmy, bo gdyby tak było, to lepiej było zrezygnować z wycieczki. Wiadomo – nasze poprzednie wydatki i niedomagania żony już przez parę lat nie pozwoliły na zrobienie funduszu żeby zapewnić spokojny sen, tymczasem to tu trzeba i opiekę szpitalną częściowo podtrzymać, bo się słyszało słowa „to przecież Amerykanie”. Wprawdzie dostałem (na prośbę żony) przepustkę, na którą mogłem tam być prawie że o każdej porze i każdego dnia, ale przecież to nie było wystarczające, ja mogłem tam tylko być ale wykonywać jakichkolwiek posług nie mogłem bo przecież do tego się nie nadawałem a już w żaden sposób jeżeli chodziło o szpital. Codzienny dojazd również nie przyczynił się do moich sił, ba zanim zona wyszła ze szpitala, ja również musiałem korzystać z pomocy lekarskiej i to w taki sposób, że to do wiadomości żony nie dotarło, bo na pewno nie byłoby to pomocne dla niej. Na szczęście zdrowie żony wracało, wprawdzie powoli, ale bez żadnych nawrotów czy ubocznych komplikacji, a to dawało wiele zadowolenia i dobrej nadziei. Ale czas naszego urlopu był tylko sześć tygodni, a zanim się żona znalazła w szpitalu upłynęło już trzy tygodnie, lekarze radzili, że po wyjściu ze szpitala powinna najmniej 30 dni być na swobodzie i wolnym powietrzu żeby mogła odbyć podróż samolotem do USA . Wysłałem zawiadomienie do fabryki o tym nieprzewidzianym wydarzeniu, na co w odpowiedzi otrzymałem zawiadomienie, żeby o pracę być spokojnym, bo ciągłość pracy będzie utrzymana, tylko przywieźć szpitalne orzeczenie, ażeby wracać w ten czas kiedy to będzie możliwe na stan zdrowia żony. Niezależnie od tego, że stanowisko fabryki było przychylne, ja starałem się iść za radą lekarzy. W końcu po wielu tygodniach moich dojazdów do niej, przyszły jesienne słotne dni, długie wieczory i zimne, a od przystanku do szpitala kilometr drogi pieszo, nie mając ciepłej odzieży musiałem się zaopatrzyć w taką, również musiałem też i dla żony, bo po wyjściu ze szpitala trzeba było żeby nie marzła, to ja musiałem kilka razy zmarznąć i zmoknąć, zanim mogłem coś pokupić. Doszła jeszcze i sprawa finansowa, wprawdzie mogłem łatwo pożyczyć, ale to było bardzo niepożądane i żona tego też mi odradziła, ale gospodarczym sposobem jakoś my te długi zaspokoili, doszło też do paru ostrych zaziębień, co znów pociągało wizyty u lekarzy. Z tych wizyt tak mi się nieraz zdawało, że lekarze mieli lepszy pożytek jak ja, trzeba było szukać domowych sposobów żeby się jakoś chronić, jak to zwykle nie w swoim domu. Co jeszcze w Chicago trzeba było odczuwać, pomimo że byliśmy wychowani na polskiej wsi, w polskich obyczajach, to te kilka lat pobytu chociaż na obcej ziemi, ale ziemi która przygarnia każdego, kto tylko tego potrzebuje a wielu nie umie, albo nawet nie chce być za to wdzięcznym jakoś można było się zadowolić i jako właściwy dom już w tym czasie uważaliśmy mieszkanie w Chicago. Może to nie było tak bardzo szczęśliwe, ale już byliśmy zadowoleni. Ale dosyć będzie czasu na refleksje, nadchodził czas, że będziemy mogli odjechać. Trzeba było tylko wcześniej zrobić rezerwację w liniach lotniczych. Wracając z Krakowa autobusem dostałem miejsce przy oknie niezabezpieczonym, a była to już noc jesienna i bardzo wilgotna, a że autobus był zapełniony po granicę możliwości, nie było sposobu miejsca zmienić, od ległość stu dwudziestu kilometrów i pęd powietrza swoje zrobiły. Już po powrocie do domu, zanim spać się położyłem czułem ostry ból w prawym uchu, a nad ranem zbudziłem się z powodu silnego bólu i spuchniętą prawą stroną twarzy. Wyglądałem z jednej strony jak księżyc w pełni, a z drugiej jak na nowiu, wyglądało to zabawnie, ale nie bardzo wesoło, bo na drugi dzień był nasz odjazd. Tymczasem nowy kłopot. Jak zrobił się dzień pojechałem do znajomego już lekarza i ten naukowymi czarami, przy pomocy strzykawki zabezpieczył od dalszych infekcji, ale pod warunkiem żeby tego nie zaziębić i tak fachowo obandażowany wróciłem do domu. Przygotowania do drogi nie były wielkie, bo już niewiele było do zapakowania, bo przez ten czas część się zużyła, a część rozeszła na różne potrzeby, różnie było. Czas długi, a myśli czym innym zajęte, do tego pogoda już była mokra i zimna. Żona jak na razie czuła się dobrze, ale widać było, że już miała dość nie tylko szpitala, ale i tej rekonwalescencji. Do tego jak sama widziała (to powiedziała jak już byliśmy w domu w Chicago) że ja też jestem niezdrowy, a do tego bałem się utracić pracy, bo pomimo zapewnienia, że ciągłość będzie, to jednak gdyby czas za długo się przeciągał, to praca musi iść, bo ludzi do pracy jest dość, a niezastąpionych ludzi nie ma. Warunki, mimo że u swoich nie były odpowiednie dla ludzi takich co wstali po ciężkiej chorobie, to były warunki dla zdrowych, co potrzebują odpoczynku od życia normalnego, gdzie nie ma pośpiechu i ciągłego gonienia za czymś czego i tak doścignąć się nie da rady. Takie nerwowe otoczenie sprowadza złe skutki, nie tylko na chorych, ale nawet zdrowi ulegają rozdrażnieniu. Widać było, że i żona jakby miała ochotę, żeby w tych warunkach nie przyszedł nawrót jej choroby, albo żebym ja się nie rozchorował, bo to mogłoby zaszkodzić i tak już mocno porozrywanym planom, a przecież finansowo i tak byliśmy daleko na minus. W końcu już przyszedł czas, że na drugi dzień mamy jechać, bo kiedy robiłem rezerwację, to wysłałem telegram do Chicago, żeby po nas na lotnisko wyjechali, a gdy byłem u lekarza zamówiłem taksówkę, żeby nas odwiozła do Warszawy na lotnisko, co tym razem dało się zrobić i na drugi wieczór odjechaliśmy do Warszawy. Odlot był na pierwszą po północy, poza tym ten co nas –wiózł co chwilę mrużył oczy, co dodało mi jeszcze więcej niepokoju i większego napięcia nerwowego, bo musiałem bardziej czuwać jakbym sam prowadził samochód. Jak do tego czasu droga była dobra, a w nocy to i ruch na drogach niewielki, tak że tylko starałem się żeby ciągle do kierowcy mówić, bo żona z siostrą na tylnym siedzeniu oddały się sennym marzeniom. Gdzieś w połowie drogi, robotnicy drogowi dokonywali małej reperacji w ciągu dnia, a na noc nie oświetlili, a tylko zastawili deską prawie takiego koloru jak sucha jezdnia, wprawdzie to był mały wykop, ale w tej szybkości jaką tam można było rozwijać, a mały samochód mógł ulec poważnej katastrofie, a było to tak słabo widoczne, że dopiero światła reflektorów już na dość krótkiej odległości dały wyraźny obraz. A że ja cały czas starałem się mówić, byłem pewny, że kierowca widzi, tymczasem już prawie w ostatniej chwili zdałem sobie sprawę, że samochód jedzie prosto w zastawę, a że ta postawiona deska niczego nie chroniła, a za nią kilkunastu calowy wykop, to wypadek pewny, nie było już czasu na wołanie, ale że siedziałem blisko kierowcy, a równocześnie nacisnąłem ręce kierowcy, co sprawiło, że tylko lekko skręciłem w lewo i deskę my minęli, ale sprawiło i to, że już do końca spanie od kierowcy odeszło. To jest sprawa, której nie powinno się robić, bo jak się kierowcy chce spać, to powinien się przespać, a nie jechać, ale niestety on się nie przyznał, że poprzednią noc mało spał, a w dzień nie miał czasu na spanie. W przejściu celnym również nie obeszło się bez drobiazgowych przeglądów, od sąsiadki żona dostała sznurek ładnych grzybów, a kiedy my wyjeżdżali z Ciechocinka w Toruniu pierwszy po północy kupiłem dwa bilety i jako premia Torunia tego dnia przy wydawaniu reszty otrzymałem dwustuzłotową monety srebrną, to te rzeczy musieliśmy zostawić. To spowodowało, że żona i tak wyczerpana, bardzo się rozżaliła i niewiele brakowało żeby zemdlała. Ja zajęty składaniem porozrzucanych rzeczy tego nie domyślałem się, ale inna kobieta, która była obok ją podtrzymała, tak że urzędnik musiał wezwać pomoc medyczną, ale rzeczy te musieliśmy zostawić. Wreszcie po otrzymaniu lekarstwa żona się uspokoiła i mogliśmy w końcu odjechać. Lot był dobry i w końcu byliśmy na lotnisku w Chicago, gdzie czekała na nas cała rodzina żony, a po niedługim czasie mogliśmy już spokojnie odpoczywać już tym razem we własnym mieszkaniu. Nie było to własne, ale dzierżawione, byliśmy już tu sami i mogliśmy układać dzień według własnych potrzeb i to było może najlepszym odpoczynkiem, bo człowiek żeby był naprawdę produktywny musi mieć tę swobodę układania i realizowania tego, co jemu jest do życia potrzebne i żeby nie czuł się, że jest zależny od czyjegoś widzimisię. Pewnie, że każdy musi być zobowiązany do jakiegoś obowiązku wobec środowiska w jakim żyje, ale nie może być tylko i wyłącznie od kogoś uzależniony, człowiek powinien czuć się dobrze jeżeli ma chęć do czynienia dobrze, ale nie tylko dla siebie, to nie daje szczęścia, a tylko zaspakaja własny głód własnego egoizmu, natomiast czynienia tak, żeby to dawało pożytek ogólny, to jest prawdziwe zadowolenie, że jest się pożytecznym. Nie udał się tak z precyzją zaplanowany urlop, nie udały się wycieczki, planowane odwiedziny, nie było tych wymarzonych ciepłych a nie upalnych dni pod rodzinną lipą, ale za to po powrocie trzeba było wiele sobie odmówić żeby wyrównać te braki, które powstały w czasie tego czasu. Bo nie tylko był dług na opłatę choroby żony, ale przez kilka miesięcy niezapłacony czynsz, światło, gaz, dodatkowe ubezpieczenie (które nie było ważne poza granicą) i wiele drobnych spraw ale złączone razem tworzyły poważną zaległość. Tymczasem do pracy poszedłem już tylko sam, pomimo, że żona chciała dalej pracować, nie można było się na to decydować, bo zdrowie nie wracało do takiej normy, żeby można było ryzykować pracę. Chociaż praca nie była ciężka fizycznie to jednak była wyczerpująca, a to by podwajało już i tak nadwyrężone nerwy, a przy tym i podwyższone ciśnienie. Lepiej było nie ryzykować dalszej pracy. Żona została w domu, chociaż jej wiek nie uprawniał jeszcze do renty starczej, to przyznano jej za niezdolność do pracy, nie było to tyle, że jakby mogła wypracować, gdyby pracowała do lat sześćdziesięciu pięciu, ale była dość duża pomoc, że dawała nadzieję że powoli te zaległości i codzienne potrzeby będę mógł po pewnym czasie odrobić i zapomnieć o tym nieudanym urlopie. Wiele doświadczeń uczy nas, że myśleć i planować można wiele, ale ile nam się z tego spełni dowiadujemy się na końcu, mimo to nie można opuszczać rąk, nie możemy również myśleć co damy rady zrobić, a w czym może nam coś przeszkodzić. Jednak już po kilku miesiącach żona znów w szpitalu, zła praca serca, podwyższone ciśnienie i tak przeszło miesiąc szpitala, po tym znów w domu. Ale pomimo to, że człowiek stara się odpędzać od siebie to najgorsze, to jednak nie jest to możliwe, jeżeli to zło czy zmartwienie widzi się o każdej porze dnia i nocy. A przecież nigdy nie możemy być pewni dnia ani nawet godziny, możemy wiedzieć co myśmy zaplanowali, a nawet to co powinno się spełnić, ale niestety jest to tylko nadzieja, zła czy dobra, ale tylko nadzieja. Żona wróciła do domu i jak mówi, że się dobrze czuje, ale czy i ona nie kryje przede mną tego co odczuwa i może o czym myśli? Jedno było pewne, że gdy wracałem z pracy do domu, zawsze starała się być w dobrym humorze, a najczęściej jak tylko była pogoda, to chciała jechać na pole, do lasu czy zwiedzać miejsca, w których my jeszcze nie byli. Po paru latach przeplatanych wizytami żony w szpitalu raczej to były wizyty kontrolne ja zacząłem odczuwać coraz to większy ból w lewym boku, zanim jeszcze my przyjechali do Chicago ja dość poważnie zachorowałem jeszcze w Krakowie. Jak mi później lekarze powiedzieli był to mały zawał serca, Ale że to było pierwszy raz i jak uznali nie był to wielki zawał tak, że mogłem chodzić, to leczono mnie w przychodni, ale pracować nie było wolno. Była konieczność, żeby było lekarstwo, którego nie było w Polsce w ogólnej sprzedaży, a tylko za dolary, ale po dwóch seriach tego lekarstwa i kilkutygodniowym odpoczynku mogłem wrócić do pracy, kiedy teraz poczułem podobne boleści, nie łudziłem się, że to będzie podobna choroba do poprzedniej, nie mogłem tego głośno mówić bo wiedziałem jaka może być reakcja żony i że możemy się oboje znaleźć w szpitalu. Ale pewnego razu wyjechaliśmy z tym, że po drodze zrobimy potrzebne zakupy, na parkingu przy wysiadaniu poczułem tak silny ból, że już tego zamilczeć nie mogłem, musiałem powiedzieć żonie. Pojechaliśmy od razu do lekarza, a ten od razu kieruje mnie do szpitala, a że to był ten lekarz, co opiekuje się żoną, na moją prośbę zrobił mi tyle, że dał jakieś lekarstwo żeby ulżyć bólowi i jeżeli dam rady do rana doczekać, to zaraz rano do szpitala,. jakoś trochę się uspokoiło i do rana mogłem być w domu, ale już rano musiałem pojechać, bo ból wracał, tylko jedno pierwsze badanie wykazało, że muszę pozostać na dokładniejsze badania, które coraz to więcej wykazywały, że trzeba trochę poleżeć. Myśleć że ten mój pobyt w szpitalu nie będzie bez echa i że może tak być, że się oboje znajdziemy w jednym miejscu, ale lekarz powoli do tego żonę przygotował i jakoś obeszło się bez większego kłopotu. Żona w naiwności swojej myślała, że zawsze jakoś dam sobie radę, kiedy już tyle przechodziłem i zawsze mniej lub więcej z każdego niepowodzenia wychodziłem możliwie. Sądziłem teraz, że jak mnie to coś zabolało, to też dam sobie radę i za parę dni będę zdrów. I tu doszedłem do tego, że ja do tego czasu nie myślał o sobie, bo teraz cała uwaga moja była odwrócona na żonę. Borykając się od dziecka z trudnościami życia, mogłem łatwiej znosić wiele trudów i niepowodzeń, natomiast żona wychowana w rodzinie zamożnej za mało była zahartowana do różnych niepowodzeń jakie na drodze życia często się napotyka i nieraz z wielkim zaparciem się samego siebie, trzeba pokonywać. Z tego powodu mało myślałem o sobie, a cała uwaga skupiała się na żonie. Wiedziałem, że będzie chciała tak jak kiedy ła w szpitalu, żeby być przy niej, tak teraz chciałaby być przy mnie. Dla mnie to było łatwiej, bo zawsze mogłem do niej przyjechać, a ona musiała liczyć na łaskę szwagra, którą co prawda okazywał, ale tak że to „on", a dla żony to przyjemne nie było, ale nie było innych możliwości, bo też ze względów rodzinnych, inaczej .postępować nie było można, a autobusem sama bała jeździć. Po odleżeniu trzech tygodni, trzeba było zgłosić się do tego lekarza, pomimo że i tak codziennie mnie odwiedza i to za podwójną cenę, to u siebie ten sam lekarz zaczął od nowa swoje badania. Na moje pytanie, czy badania szpitalne nic nie wykazały, powiedział: „ ja muszę sam stwierdzić i to będzie dla mnie więcej miarodajne" i zapisał środek przeciwbólowy, a za tydzień następna wizyta i ja dalej chodzić nie mogę, każdy wysiłek sprawia silny ból w okolicy serca. W ciągu tego czasu trzeba było powziąć decyzję, poszedłem do innego lekarza, również z tego szpitala, ale ten ma inny sposób leczenia, opowiedziałem o dotychczasowym leczeniu przebiegu mojego zdrowia, ten jakoś inaczej podchodził do leczenia, a może się mnie tylko tak zdawało, ale po ponownym spotkaniu zapisał swoje lekarstwo i dał kilka wskazówek. Po kilku dniach mogłem już inaczej chodzić, prawie jak przed chorobą, pewnie, że to już nie jest tak jakby się miało wiele lat mniej, ale była widoczna poprawa. Żadna dziedzina życia, czy to dobra, czy zła, to w parze nie idą same, ale pociągają za sobą życie i dopiero idą razem. Przyszła poprawa, że mogłem jeszcze pracować, ale zbliżał się c/czas, że trzeba rozstać się z pracą, bo lata się zbliżają, a sił coraz mniej, a przecież młodzi czekają na swoją kolej. Ale dokąd jeszcze można swoje zadanie wykonywań, a jeszcze możliwość do tego, żeby odrobić stracone dni pracy, częściowo nadrobić wydatki, to dodawało bodźca do pracy. Tak upłynęło parę lat. Kiedy wracałem z pracy, to jeżeli była możliwa pogoda i żona czuła się możliwie, to posiłek był przygotowany, a często i także ten posiłek zabierała i dopiero gdzieś w parku, czy dalej za miastem urządzaliśmy mały piknik. Bo nie tylko lekarze doradzali powietrze i stały, ale nie ponad siły i swobodny ruch, to jeszcze żona bardzo lubiła przyrodę i również podróżowanie, a do tego swobodna jazda w samochodzie, bo jak nieraz mówiła, że ściany w domu, kiedy już nie pracuję, to się uprzykrzyły. Również i ja przyzwyczajony do jazdy lubiłem jechać tam, gdzie żona kierunek obrała, a zwiedzać jest, bo samo Chicago jak też i okolice wiele mają ciekawych terenów. Gdy jeszcze oboje my pracowali, to na takie zwiedzania czasu nie było, bo była praca w domu, a do tego jak się pracuje, to zawsze jest też i trochę zmęczenia i nie zawsze się chciało. Ale skoro jedno drugie pociągnie, to już jakoś łatwiej zmęczenie przechodzi. Żona może nie mniej pracowała w domu, bo dużo szyła, ale jak mówiła że to jej nie męczy, bo robi tylko tyle ile chce i ile sama może, a nie tyle, co jej ktoś wyznaczy. Ale nic się w czasie nie zatrzymuje, w dalszym ciągu wizyty u lekarzy i w dalszym ciągu lekarstwa z jadłospisu nie wychodziły. Nie rezygnując ze stałego lekarza odwiedzaliśmy i innych, ale bez rezultatów. To, co raz wykazały badania nikt zmienić nie był w stanie. Wada serca, wada pracy serca, to wszystko im można było usłyszeć. Z tym można żyć długie lata, a można zgasnąć w każdej chwili. (…) W tym czasie często siadaliśmy razem czego przedtem jakoś nie bardzo lubiła — siedzieć i opowiadać sobie nawzajem dzieje lat wcześniejszych i jak nigdy, tak teraz chciała słuchać opowiadań z czasu wojny, czy też przeczytanych książek. Były dni kiedy pogoda nie była odpowiednia na spacer, to otwarte szyby dawały powietrze, a otoczenie widoczność i tak nieraz upływały godziny. Zaś od czasu do czasu zmieniając miejsce, czas płynął. Na pewno, że kto nigdy nie przeżył podobnych chwil i takich może jest wielu — nigdy nie będzie wierzył, że tak być mogło Na pewno jest wiele ludzi, co przeżyli dużo więcej i co przypomną sobie swoje przeżycia i dla takich to poświęcam tę pracę. Bo ludzie, którzy potrafią śmiać się z cudzych niepowodzeń, czy nawet nieszczęść, nie warci są żeby poświęcać im to, czego sami doświadczyliśmy w swoim życiu. Taki znamienny przykład. Na ulicy prowadzącej blisko jeziora Michigan zdarzył się wypadek, że samochód wpadł do jeziora. Zanim ktokolwiek miał możność dać pomoc, ludzie ci ratowali się jak mogli (to było pokazane w migawkach telewizyjnych, bo przypadkowy sprawozdawca był w pobliżu), a inni przygodni ludzie starali się pomagać zanim wezwana pomoc nadjechała. Człowiek, co ma głowę nabitą tym, żeby się chwalić tym czego nigdy nie dokonał, a tylko słyszał od innych, a za bohatera chciałby uchodzić, po oglądnięciu migawki w TV mówił: „Alem się uśmiał jak się patrzyłem, gdy oni się tam w wodzie grzebali, to było bardzo śmieszne". Takie rozumowanie i zachowanie się kogoś, mam nadzieję nie potrzebuje żadnego tłumaczenia, tacy aż nadto sami o sobie wystawiają świadectwo. Wspomniałem to tylko dlatego, żeby było wiadome między jakimi ludźmi wypada nam żyć, a to bardzo duży wpływ ma na życie tych, co z konieczności muszą się spotykać z nami i odwrotnie. Wielkim szczęściem dla nas jest, jeżeli uda się nam chociaż część życia przeżyć żeby tacy w pobliżu nas się nie znajdowali, gorzej jeszcze jest jeżeli tacy narzucają się sami i starają się nam wmawiać, że tylko oni mogą zbawić świat i że wszystko umią i że potrafią każdą sprawę rozwiązać-zawiązać i że jakby oni byli osią, wokół której wszystko się obraca. Ale jak wiele moglibyśmy być zdrowsi i dłużej żyć, a nasze nerwy nie byłyby tak zszarpane i życie spokojniejsze, gdyby więcej było tych takich zwykłych ludzi, a mniej tych co to są niby wielkimi dobrodziejami ludzi, a w rzeczywistości są tylko kłodą pod nogami. Ale moja sielanka skrycie, ale nieubłaganie zbliżała się ku końcowi, nic na to nie wskazywało, że stanie się tak szybko. Jedynie to lekarskie powiedzenie „można z tym żyć długie lata, a można paść jak mucha", a to przecież można zastosować do każdego zdrowego człowieka i czy ktoś ze zdrowych nie może upaść i więcej nie wstanie? Ileż to ludzi wychodzi z domu, czy też w domu i bez widocznej przyczyny nawet dla nich samych, kładą się do łóżka i więcej się nie zbudzą? Tak mijało lato. Żona stale pod opieką lekarza, coraz to miała nowe propozycje, czekała tylko żebym dorobił do emerytury, to jedziemy do Polski, a do emerytury miałem około dwa miesiące. W tym czasie żona obmyśliwała co nam może być tam potrzebne i co należy jeszcze dokupić, trochę sama szyła, ale więcej chodziliśmy na spacery i od czasu do czasu do sklepów, bo zawsze chciała oglądać nowe wzory, których nigdy nie brakowało. W tym czasie dalsze wycieczki poza miasto ustały. Pewnie, że żona często chciała jechać dalej, ale tym razem moje zdrowie (często powtarzające się bóle) nie pozwalały na to abym mógł oddalać się od domu, bo gdyby zaistniała potrzeba pomocy lekarskiej, to spowodowałoby wiele trudności. Żeby się z tym nie zdradzać przed żoną nie szedłem też z tym do lekarza. Zresztą przypisywałem to nerwom, które od ostatniego pobytu jej w szpitalu ani na chwilę mnie nie opuszczały. Bo pomimo, że była jakby w pełni zdrowia, to zdarzało mi się zauważyć, że jakby się z czymś ukrywała, nie było to jak mi się wydawało nic ze zmian w chorobie, bo w jakiś sposób dałoby się to zauważyć, nie narzekała, że spać nie może, albo że ją coś boli, jak to było przed ostatnim szpitalem. Byłem prawie przekonany, że to już ten niedługi czas pracy mojej i nasz wyjazd jest tego powodem. Bo już w końcu października kończyłem pracę, a sierpień był już u schyłku. Do wiosny zamierzałem uregulować sprawy pensji i wszelkie potrzebne sprawy związane z wyjazdem i żeby wczas na wiosnę można było wyjechać. Na moją propozycję żeby pojechała sama już wcześniej, miała zawsze gotową odpowiedź: „jeżeli my tyle byli razem, to te parę miesięcy poczeka i nie chce się rozłączać, bo przecież pas tylko dwoje". Jakoś pomimo chęci wyjazdu nie mogłem mieć żadnego wyobrażenia jak to będzie wyglądać, to znów nowe życie, a na moje pytanie jak ona sobie wyobraża życie w Polsce po powrocie, też odpowiadała, że tego nie widzi, ale wierzy, że jej tam będzie dobrze. Że będzie mogła zawsze sama ubrać grób syna, a nie czekać aż napiszą jak był ubrany na Dzień Zaduszny, czy na Wszystkich Świętych, co zresztą zawsze było dobrze zrobione. Tak zeszło do piątku czwartego września, jak zwykle poszedłem do pracy, a żona przygotowywała żywność na drogę, nie była amatorem chodzenia po restauracjach, chciała jechać do OO. Karmelitów w Stanie Indiana, około sześćdziesiąt minut jazdy samochodem, na uroczystości jakie tam z jakiejś okazji miały się odbywać w niedzielę. Chciała jechać rano, bo jak często mówiła , że całe otoczenie klasztoru dawało jej wiele zadowolenia, jest wiele zieleni i ładnie rozbudowane. Po powrocie z pracy wszystko było już przygotowane, a trzeba było jeszcze dokupić parę drobiazgów, a już koniecznie w jednej z piekarń takie małe rogaliki z makiem, które nam zawsze smakowały, a jakoś żonie nie udały się takie upiec, chociaż parę razy chciała to sama zrobić. Tu trzeba wyjaśnić dlaczego takie przygotowania na niedzielę były robione już w piątek, a nie w sobotę, bo od czasu jak żona przestała pracować dała taką propozycję, żeby sobota była drugim świętem, że jest nas tylko dwoje to i pracy wiele w domu nie ma to te prace, które najczęściej wykonuje się w soboty, będą wykonywane w ciągu tygodnia i tym sposobem będzie jeden dzień więcej jako wolny od pracy nie tylko w fabryce, ale i w domu. Po dokonaniu tych drobnych zakupów, które nie zajęły wiele czasu, a pogoda była ładna i ciepła, żona zaproponowała, że jak już jesteśmy tak blisko parku to było jej ulubione miejsce to posiedzimy chwilę, tam często grali w tenisa i jak piłka przeleciała ponad parkan, to chciała ją podawać grającym. Tym razem grających jeszcze nie było, czy może już odeszli. Usiedliśmy na leżakach żeby popatrzeć na innych grających, a już posłuchać małych ptaszków co sobie swoim głosem jakieś prowadziły rozmowy. Żona wzięła jednego rogalika i tak rozmawiając jadła, ja również jadłem drugiego. Jeszcze nie zdążyliśmy zjeść połowy, a żona mówi, że ją coś mocno boli w lewym boku i lekko zakaszlała, a do ust przyszła ledwo zauważalna czerwona plama i dalej mówi, że ją już i w plecach boli, że byliśmy blisko naszego lekarza, zaraz zebrałem leżaki, a żona już poszła do samochodu, po drodze jest siostra żony, to żeby łatwiej było dostać się bez kolejki, siostrzenica połączyła się z lekarzem, a kiedy podałem objawy, kazał żeby jechać do szpitala, tam zrobią badanie i jemu podadzą wyniki. Tymczasem żona rozmawiała z siostrą. Ze mną wyszła siostrzenica i pojechała razem do szpitala, ale gdyśmy wyszli, widać było że żona jest bardzo blada, a gdyśmy ruszyli, kazała sobie rozpiąć stanik, że jest jej w piersiach ciasno. Załączyłem światła, nacisnąłem sygnał i ile to było możliwe, jechałem szybko. Tym zainteresował się patrol policji, podjechał blisko i zapytał o powód szybkiej jazdy, wyjaśniłem lekko przystając. Policjant zawrócił, zapytał do jakiego szpitala jadę, wjechał przed nasz samochód, dodając swój sygnał, robił otwartą drogę do samego końca, do szpitala. Szpital był już zawiadomiony przez lekarza i dodatkowo przez patrol, który nas prowadził. Mimo że siostrzenica chciała pomagać, żona sama wyszła z samochodu, jeszcze się troszczyła żeby samochód tak postawić, żeby go kto nie odrapał i żebym jej przyniósł papier, który używa się zamiast chusteczek do nosa, bo mówi, że zanim jej tam dadzą, to będzie miała i dopiero usiadła na przygotowany wózek szpitalny. Do drzwi pogotowia poszła z nią siostrzenica, ale dalej jej nie wpuszczono. Tymczasem ja zaparkowałem samochód, zabrałem papier i poszedłem do siostrzenicy, bo i mnie na pogotowie nie wpuścili. Za chwilę wyszła jedna z sanitariuszek i powiedziała, że sprawa jest bardzo ciężka, po chwili wyszedł ksiądz i też to powtórzył. Po upływie nie wiem jak długiego czasu — dla mnie było to częścią życia, a może jakby wiekiem — wyszedł lekarz i oznajmił, że żony nie dało się uratować. Czy można było w to uwierzyć? Tak! Musiałem, a czy można było zrozumieć? Z punktu widzenia ludzkiego na pewno nie, czy można było to przeżyć? Przecież parę godzin temu, pełna dobrej myśli przygotowywała się do wycieczki żeby się modlić, jak często powtarzała żeby miała siłę do dalszego życia. Co miała na myśli mówiąc: „dalsze życie"? Wiedziała, że nie było niczego, czego nie zrobiłbym dla niej. Przecież godzinę temu jeszcze cieszyła się słońcem, które przecież niczego złego nie wróżyło, mnie upominała żebym się starał już w tym końcowym czasie mojej pracy nie wysilać, bo mówiła: „że już się dosyć narobiłeś przez całe życie". Teraz sama leży i to kiedy się tego najmniej spodziewała. Bo czy mogła się tego spodziewać? Przecież mówiła żeby jej przynieść papier do zasłaniania ust, gdyby zakaszlała i żeby zaraz przyjść, ale żeby samochód postawić żeby go kto nie uszkodził. To czy ktoś jakby myślał że jest z nim źle, to by się interesował takimi sprawami? A jednak stało się, zostałem sam, ale teraz już dosłownie sam. Był to piąty wrzesień, tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty rok. Ktoś może powiedzieć, że przecież jest rodzina, ale o takich powiedział Chrystus — „jesteście jak pobielane groby". Ale znów zatrzymałem się. Ciała umarłych już nie wstaną. W załatwieniu wszelkich czynności związanych z przewiezieniem ciała do Polski, w miarę możliwości pomagała siostrzenica, szczególnie w sprawach językowych. Natomiast jeżeli chodziło o dojazdy do kaplicy, czy też gospodarczych, nikt mnie nie wyręczył. Po kilku dniach wyjechaliśmy wraz z trumną do Polski. Pojechała siostra żony i jej mąż i tam na cmentarzu, gdzie spoczywa rodzina żony i gdzie jest nasz grobowiec spoczęła matka obok syna, żona, która zostawiła męża. Tym razem już zupełnie samego. Rodzina spełniła swój obowiązek, przyjaciele też, a mąż? Jak po kilku miesiącach wyraził się jeden z członków rodziny, on już nie należy do rodziny. Życie wśród ludzi, którzy sami sobie starają się wytworzyć dla siebie glorię, już przez to samo stają się czymś, czego nie można określić, że jest to prawdziwe i dobre we współżyciu, czego na pewno sami tego ocenić nie są w stanie. Po powrocie w puste ściany nieprędko mogłem stanąć o własnych siłach, żeby dać sobie radę, bo żeby skończyć pracę według umowy miałem dorobić do końca grudnia. Rodzina spełniła to, co do niej należało i na tym się skończyło. I tak w samotności musiałem w części korzystać z pomocy ludzi obcych, co też nie jest mile widziane, „bo ja sobie powinien sam radzić, a nie żeby ktoś pomagał". Że byłem sam, a praca dawała pewne jakby zapomnienie i w fabryce zaproponowali mi żebym dalej pracował, więc przepracowałem do kwietnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku. Po tym czasie poczułem, że moje zdrowie nie jest już takie żebym bez szkody mógł dalej tę pracę wykonywać. Coraz więcej musiałem chodzić do lekarza, a do tego fabryka zaczęła się reorganizować, co wiązało się z tym, że będą zwolnienia i musieliby zwalniać młodszych, a ja wiedziałem, że już długo nie dałbym rady pracować, więc postanowiłem przejść na emeryturę, żeby jeszcze trochę sił zaoszczędzić, a tym samym zostawić miejsce dla jednego młodszego.

Napisz do nas




Kontakt: Zespół Szkół w Małej - tel/fax (017) 2213397 e-mail: zsmala@vp.pl
Copyright © 2018 miejscowosc-mala.pl wizyt: 236586 online: 3 Realizacja: Intellect.pl